niedziela, 3 października 2021

Co nowego

 Witam serdecznie!

Zacznijmy od początku. Warto mieć swoją kasę, nie? Poszłam do pracy w grudniu zeszłego roku. Jest spoko, elastyczny grafik... do czasu. W lipcu po maturach przygotowywałam się do egzaminów, chodziłam na staż i do pracy. Poprosiłam o poranne zmiany na lipiec - nie dało się. Po czym zatrudniono kogoś i dano mu poranne. Ja w lipcu pracowałam 5 dni w tygodniu od 13-21. W czerwcu, po napisaniu egzaminów czułam, że albo nie zdałam z 29% albo na równo 30% maturę z matmy. 5 lipca - 27%. Złożyłam wniosek o poprawkę i tak zleciał cały lipiec.

Nauka, praca, życie towarzyskie. Udało mi się wybłagać zmiany od 9-17. Niestety - rodzice wyjechali na wakacje, a ja pomagałam babci, bo jej pielęgniarka i nie wywiązywała się z obowiązków. 24 sierpnia podeszłam do poprawki. Potem siedziałam i odpoczywałam, wróciłam do pracy po urlopie i siedziałam jak na szpilkach. Zmieniła się osoba od grafiku i mam na rano! 10 września otrzymałam wyniki i z matury i z egzaminów. Wszystko zdane. Piszę to na wykładzie, na studiach, na które zdecydowałam się iść dopiero rok temu. Nie planowałam, ale kontynuuję zawód. I planuję co by napisać po wstawieniu posta 🙂 

Zrozumcie

niedziela, 27 czerwca 2021

Rozdział 49

     Sam mistrz Yoda powtarzał, że wizje Mocy nie są jednoznaczne. Często mają charakter wskazówek, potencjalny skutek wydarzeń wynikających z naszych lub cudzych decyzji. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości, Choć wydaje się to logiczne, to reszcie galaktyki nie rozumie, że nie jesteśmy cudotwórcami.
    Mimo wszystko i tak jestem w szoku.
    Najpierw nastąpiła ciemność. Wszechobecna czarna plama i nic poza nią. Potem usłyszałam. Potem usłyszałam wiatr. Chociaż miałam świadomość, że jestem tam tylko oczami, to chłód ogarnął całe moje ciało. Zimna nie potrafiła pokonać nawet ciepła i miła kołdra otulająca mnie. Czyiś ciężki oddech pojawił się znikąd. Nie potrafiłam odróżnić płci a co dopiero konkretnej osoby.
    Ktoś był w niebezpieczeństwie.
    Ahsoka!
    Ona żyła!
    Byłam tego pewna w stu procentach - inaczej Moc nie wysłałaby mi aż tak wyraźnych sygnałów.
    Zastanawiałam się czy dobrze postąpiłam chcąc szukać wskazówek właśnie tutaj, na Alderaan. Ahsoka nie miała za wiele wspólnego z tą planetą poza tym, że była tu raz czy dwa, ale pokładałam nadzieję w przyjaciołach matki, bo to oni jedyni pomogą mi pomogą nawiązać kontakty, dzięki którym odzyskam Mistrzynię.
    Wielu by odpuściło - sama Rada Jedi twierdziła, że Ahsoka przepadła, wręcz umarła. Ja bym tak nie potrafiła.
    Pamiętam wszystkie historie: kiedy Ahsokę porwali trandoshanie na Felucii czy kiedy oskarżono ją o zamach na świątynie oraz za każdym razem gdy wpadała w tarapaty - ojciec nigdy się nie poddawał i zawsze ją ratował. Bo wierzył, że Ahsoka nigdy nie zginie i nie pozwoli, żeby coś się stało. Ahsoka zawsze była dumna, lecz to się zmieniło na przestrzeni lat. Obi-Wan mówi, że widać gołym okiem, że togrutanka wydoroślała. Nadal jest jeszcze zarozumiała jak dziecko, ale pewnych cech nie da się zmienić. Tak samo było z ojcem. W każdym razie, Ahsoka nadal ma jakieś ziarno pychy i ślepej dumy, która nie pozwoliłaby się jej poddać.
    Nie zasnęłam aż do rana. Czekałam na wschód słońca z utęsknieniem, żeby wyjść i zacząć działać. Nie mogłam wymknąć się w nocy. Na pewno strażnicy byli dobrze przygotowani na ewentualność, że ktoś może na nich użyć perswazji Mocy, a nawet jeśli nie to, to czystą głupotą byłoby zaniedbać gościnność Organy. Poza tym, przyleciałam w towarzystwie Jar Jara a to on jest raczej od wyrządzania szkód i robienia głupot. Wiem, przykre, ale to prawda. Dlatego ja muszę się pokazać od lepszej strony - bardziej odpowiedzialnej.
    Oczywiście nie mogło ominąć mnie śniadanie. Zjadłam je w towarzystwie Jar Jara oraz Brehy i Baila. Poza "Dzień dobry" nie powiedziałam ani słowa. Jedzenie było przepyszne, ale nawet jego smak nie zdołał odgonić moich myśli na temat Ahsoki i planowania odbicia jej. Byłam wdzięczna Jar Jarowi, który sprawnie odwracał ode mnie uwagę swoim gadulstwem. Choć czułam zainteresowanie ze strony Brehy i Baila nie dałam po sobie poznać, że to wyczaiłam. Starałam się robić wrażenie zrezygnowanej, ale wiedziałam, że to nie zadziałała. Nie miałam do czynienia z idiotami.
    Służba, widząc, że skończyliśmy posiłek, podeszła, aby odebrać puste naczynia i sprzątnąć ze stołu.
    - W porządku, padawanko? - zwróciła się do mnie królowa.
    W pierwszej sekundzie zaskoczył mnie ten oficjalny zwrot, ale zrozumiałam, że o to chodzi. Nie pragnęłam przyjaźni z tymi ludźmi. Znałam ich z opowieści, ufałam im w jakimś stopniu, bo ufała im matka. Nie oznaczało to, że chce się przed nimi otworzyć i najwidoczniej królowa to w zupełności akceptowała. Dała mi wolność, której nigdy nie chciałam tracić jako córka tej senator i tegi Jedi co, przeciwko całej galaktyce, związali się ze sobą.
    - Tak - odparłam naturalnie. Nie była to do końca prawda. Czułam się dobrze, naprawdę dobrze, ale moje myśli zaprzątał niepokój, który starałam się opanować.
    - Czy masz jakieś plany na dziś? W czymś możemy Ci pomóc? - zaoferował się senator.
    Zastanowiłam się krótko, wręcz niezauważalnie.
    - Zostawię kwestię Ahsoki wam. Macie większe kompetencje. Senator Binks zaoferował mi swą pomoc, więc nie chce przeszkadzać i robić kłopotu. Nie ukrywam, bierne czekanie trochę męczy, ale wierzę, że uda się coś wskórać - skłamałam. Przecież dokładnie wiem, że beze mnie nic nie zrobią, tym bardziej Jar Jar, który zdziwił się na moje słowa, ale szybko przywrócił swoją normalną mimikę. - Mogę zwiedzić Alderę? - zapytałam.
    - Naturalnie. Przydzielimy ci ochronę, abyś... - zaczął Organa.
    - Proszę, nie. Nie trzeba. Dam sobie sama radę. Jeśli będę mieć kłopoty, wezwę jakiś patrol - obiecałam.
    Bail uśmiechnął się ciepło. Oboje doszliśmy do tego samego wnioski - Jedi nie potrzebują aż takiej pomocy, nawet padawani.
    Senator z uśmiechem skinął głowę na znak dojścia do wspólnego porozumienia.

_______________________________

Witam :)

NMBZW!

niedziela, 30 maja 2021

Rozdział 48

        Alderaan charakteryzował się przepięknym, dość zróżnicowanym krajobrazem. Planetę pokrywały rozległe trawiaste równiny i stepy, malownicze góry. Znajdowało się także polarne morze. Nie było żadnego oceanu, ale za to znajdowały się morza oraz setki tysięcy jezior, z których wiele tworzyło łańcuchy. Jeziora łączyły rzeki lub sztucznie wykopane kanały.
    No i w całym tym znajdowała się równie piękna i subtelna stolica Aldera. Miasto przecinane przez powietrzne szlaki robiło wrażenie, a pałac rodziny królewskiej jeszcze większe, choć w jakiś sposób mnie przytłoczył fakt, że jest on za duży. Zostałam wychowana skromnie nawet jeżeli do dyspozycji miałam dość spory majątek. Nie wyobrażałam sobie żyć  tak ogromnym budynku. Pewnie jakieś dziecko by się cieszyło ze swojego dziedzictwa, choć z tego co mi wiadomo para królewska dzieci nie ma. To trochę przykre... raczej... nie wiem, Czy to może być jakiś problem? Jestem odsunięta od życia społecznego, niewiele rozumiem na ten moment.
    Słońce przyświeciło mi na twarz. Nie grzało tak okropnie jak na Tatooine - określiłabym je jako łagodne muskanie twarzy, które mogłabym czuć na co dzień. Po prostu idealne w przeciwieństwie do światów, na których bywałam, powietrze i klimat wydawały się bardziej naturalne niż na Naboo, które w jakiś sposób pokochałam.
    Po okropnych dniach na Tatooine cieszyłam się każdą chwilą na tym świecie. Po prostu czułam się jak w domu. Wydaje mi się, że nie potrafię wytłumaczyć tego dobrze, ale... jakby... jakbym oszukała przeznaczenie, a Coruscant było chwilowym przystankiem. Zaczęłam czuć się na Alderaan jak w wymarzonym domu.
    Jakbym była tym, kim nie powinnam być - że zostałam stworzona do większych rzeczy,w ogóle niezwiązanych z Jedi - bynajmniej teraz. Jakby na życie jako Jedi przyszedł czas później, co jest po prostu bez sensu, bo nie można zostać Jedi później. Jeszcze mniej sensu postrzegałam w tym całym konflikcie Zygerrian, który zabrał mi rodziców i Ahsokę.
    Ale czy nie zabrałoby ich co innego?
    Gdy wylądowaliśmy przywitał nas wysłannik i pałacowa straż. Jar Jar szedł pewnym krokiem, zupełnie rozluźniony.
    W aurze gubernatora Binksa dało się wyczuć pełną swobodę, własny świat. Pełny świadomości co do swoich obowiązków i roli jaką pełni w senacie czy w swoim świecie. Jest gapowaty, ale nie można mu odmówić pewnego sprytu. Gdybym miała możliwość się z nim zaprzyjaźnić... w sumie to mam, ale po prostu jestem wykluczona z życia towarzyskiego i to widać. Nie przeszkadza mi to w żaden sposób. Czasem uwiera, ale dobrze jest jak jest. Co nie znaczy, że nie powinnam przełamać swoich barier.
    Jar Jar to mój pierwszy cel. Może to coś da?
    Przyjęto nas na audiencję od razu. Nie w sali tronowej, ale w przytulnej komnacie. Określiłabym ją jako salon. Widać, że Organa traktował nas jak przyjaciół, bez względu na to czy mnie znał czy nie. Najwidoczniej ufał każdemu Jedi, nawet jeśli trafiały się zdrady jak na przykład Pong Krell.
    Na wspomnienie o nim wezbrała się we mnie pewna złość. Od razu spróbowałam ją w sobie zdusić, choć wstyd przed sama sobą mi to utrudniał. Nie panowałam nad swoimi uczuciami. Ale... czy nie miałam prawa? Wiem, że nie powinnam nawet tak myśleć, ale Krell gardził klonami do tego stopnia, że na Umbarze nasłał 212 Batalion Szturmowy i 501 Legion na siebie, żeby się powybijali! Podstępem, strasznym podstępem - wcisnął im kit, że umbarańczycy poprzebierali się za klony.
    Otwieranie drzwi od razu mnie sprowadziło do rzeczywistości.
    Dołożyłam wszystkich sił by się opanować.
    Breha Organa weszła dostojnym krokiem do pomieszczenia. Sama, bez obstawy.
    Wraz z Jar Jarem ukłoniłam się z należytym szacunkiem.
    Zaraz potem przybył Bail Organa, którego również przywitaliśmy podobnie.
    Spojrzał na swoją żonę i uśmiechnął się dumnie po czym spojrzał na mnie. Jego wzrok mnie wręcz przeszywał.
    - Miałem rację widząc cię na lądowisku. Jesteś bardzo podobna do matki - stwierdził.
    Przeszedł mnie dreszcz.
    Skojarzył.
    Zdradzi mnie.
    Nie, przecież mama mu ufała. On wiedział o ciąży, kiedy nie wiedział nikt.
    Nie widział mnie.
    Nie powie.
    Ale ojciec miał ambiwalentny stosunek do niego.
    Obi-Wan trochę też.
    - To komplement? - wypaliłam.
    Brawo. Brawo.
    - Myślę, że tak - odpowiedziała Breha uśmiechając się serdecznie. - Padme była niezwykłą i cudowną kobietą. Podejrzewam, że byłaby dumna bez względu na wszystko.
    - Kto cię szkoli? - zapytał Organa.
    - Szkoliła mnie Ahsoka Tano - poinformowałam.
    - Szkoliła? - zdziwiła się królowa.
    - W tym problem, twoja miłość - odezwał się w końcu Jar Jar. - Ahsoka zaginęła.
    - Muszę ją odnaleźć - powiedziałam błagalnie.

niedziela, 16 maja 2021

Rozdział 47

     To był dobry pomysł.
    Razem z Jar Jarem stwierdziliśmy, że dobrze będzie zorganizować podróż na Alderaan. Baila Organy nie było aktualnie na Coruscant, ale widziałam w nim jedyną deskę ratunku bez Luxa. Poza tym, podejrzewam, że Ahsoka nie byłaby zadowolona, gdybym w to wmieszała Bonteriego - to ewidentne mieszanie się w ich sprawy. Dlatego wolę, żebym poknociła swoje życie i prywatność na rzecz jej życia. To duże ryzyko i sprzeciwianie się Radzie, jeżeli potwierdzę swoją tożsamość przed dawnym przyjacielem matki.
     Nadal też nie miałam pewności czy na pewno mnie puszczą.
    Nikt nie dostał oficjalnego patronatu nade mną. Wielu Jedi mogło dostać tę "posadę", ale Yoda nie kwapił się do podjęcia tej decyzji no i pewnie nawet reszta nie chciała. Gdzie - dziecko zrodzone z kłamstwa, jeszcze potomek Wybrańca. Wystarczyło mi, że tych paru rycerzy mierzyło mnie wzrokiem, jak musieli mi przeprowadzać sparingi lub zlecać zadania w archiwach. No błagam, ja nie gryzę!
      Nie byłam ekstrawertyczką... introwertykiem też nie. W sumie, nie wiem. Nigdy mnie nie ciągnęło do innych ani ich do mnie. Żyło mi się dobrze i nie widziałam potrzeby tego zmieniać. Może to nawet lepiej - łatwiej mi się skupić na poszczególnych sprawach, ważniejszych niż relacje znajomości. Z drugiej strony, jakby się tak zastanowić, to przez to mi brak pewnego treningu, bo nauczyłabym się je zwalczać, a trenowanie pozostania w harmonii jest naprawdę ważne w życiu Jedi.
     Udałam się na wezwanie do Rady Jedi. W ciągu dwóch dni Jar Jar skontaktował się z nimi w sprawie ochrony. Zastanawiałam się czy po prostu dadzą mi tę fuchę czy będą dopytywać co to ma znaczyć i wyślą kogoś innego.
      - Polecisz na Alderaan - zadecydował Mace Windu po krótkim wstępie. Poszło lepiej niż sądziłam.
      - Tak jest - zgodziłam się.
     - Nie wnikam dlaczego to właśnie ciebie Jar Jar wybrał na ochronę - stwierdził podstępnie Obi-Wan.
    O, kolego. Nie tym razem.
    - Rozmawiałam z nim ostatnio. Jestem trochę pogubiona bez Ahsoki. To wszystko dla mnie nowe. Wiecznie zmienianie mentorów, sparingi z różnymi osobami. Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że to dla mojego dobra i powinno mnie to kształtować. Jestem wdzięczna, bo wiele się nauczę, ale ciężko mi przyszła ta zmiana. Wyjazd i odpowiedzialność mogłyby mi dobrze zrobić - przyznałam.
    - Wyruszasz pod naszym nadzorem - przypomniał Windu. To my cię będziemy rozliczać z twoich postępów i wyników tam osiągniętych. Albo twojej niesubordynacji. - Ostatnie wymienił na tyle dobitnie, że zrozumiałam o co chodzi: po moim ojcu tak wyostrzyli zmysły, że o kombinowaniu nie ma mowy.
    - Rozumiem - odparłam.
    - Możesz się pakować. Wyruszasz jutro.
    - A czy senator Binks określił kiedy wracamy? - zapytałam na odchodne.
    - W ciągu paru dni.

    Wiedziałam, że Jar Jar nie jest aż takim idiotą za jakiego go uważają To po prostu geniusz, nawet jeśli nie był do końca świadomy swoich decyzji. Jeżeli ktoś jeszcze spróbuje go obrazić w mojej obecności, to przysięgam - będzie mieć ze mną do czynienia. Niby niewielka groźba ze strony piętnastolatki, ale jako Jedi mam swoje sposoby... no i jeszcze swój urok osobisty. Nie zapominajmy też o wtykach w wysokich urzędach jeśli będę chciała. Co prawda, niewiele osób wie kto mnie urodził, ale znajdzie się sposób, żeby ominąć te informacje i pozyskać te potrzebne.
    Skromny bagaż Jedi: zapasowa bielizna, racje żywnościowe i do tego holomapy, które muszę pobrać z archiwum na datapad. Spróbuję wziąć jeszcze jakąś dodatkową broń ze zbrojowni. Może mi pozwolą na wszelki wypadek. Muszę po prostu to dobrze rozegrać.
    Udałam się jeszcze do pokoju Ahsoki.
    Nie żebym grzebała w cudzych rzeczach, ale liczyłam na jakąś wskazówkę. Może jednak jakąś zostawiła. Może to przewidziała, może coś mi podpowie. Może słabo szukam? To gorsza zagadka niż te, które zadaje Yoda.
    A ja nie mam za wiele czasu.
    Tego mam pewność.

______________________________________

I wtedy wchodzę ja - cała na biało. No to tak - szkołę skończyłam, jutro piszę ostatnią maturę, zadowolona za bardzo nie jestem z nich, zwłaszcza z matmy. No i wracam do was!

NMBZW!

niedziela, 11 kwietnia 2021

Rozdział 46

 Dwa lata temu opublikowałam epilog i przeniosłam się tu.

Jest mi baaardzo przykro, że tak to zaniedbuję, ale po prostu nie mam jak pisać. Cały marzec miałam albo poprawki z matematyki albo sprawdziany, które uwaliłam, bo dziwnym trafem, jak się moja wychowawczyni dowiedziała, że pracuję, to moje oceny się pogorszyły. Pisałam egzamin zawodowy, jutro ostatnią rozprawkę piszę, w wolnych chwilach ciupię maturki. Grafik w pracy też kiepski. Życie prywatne też nie pomaga - bliska mi osoba miała dość ciężką sytuację, pomagałam jej, martwiłam się. Dajcie mi czas do przyszłej niedzieli a jeszcze najlepiej do następnej, kiedy zamknę rozdział szkoły i matematyki i skupię się tylko na tym i na maturach. Jest mi ciężko. Jak tylko mam możliwość pisania w pracy czy w domu to to robię.

Z dobrych rzeczy - 3 tygodnie temu zrobiłam tatuaż z Gwiezdnych Wojen. Mój pierwszy, wymarzony. Nieostatni - na pewno coś będzie jeszcze z blogiem, także.

Wybaczcie

________________________________

    Dostać się do któregokolwiek senatora to sztuka, naprawdę. Zaczynałam żałować, że ukrywam swoją prawdziwą tożsamość, chociaż moja twarz chyba wiele im podpowiadała. Albo mój miecz świetlny u pasa, bo Jedi nadal są jakoś dziwnie postrzegani w Senacie. W każdym razie, na pewno młode dzieciaki bez opieki starszych.
    Tak, urwałam się ze świątyni, po tym jak jak najszybciej i niestarannie wypełniłam wszystkie polecenia w nauce teoretycznej. Nikt mnie za bardzo nie kontrolował, więc sprawę miałam ułatwioną, ale to nie oznaczało, że ominie mnie szlaban, kiedy mnie przyłapią, zwłaszcza, że miałam się nie mieszać. No i nie nie było Ahsoki. Ona zawsze jakoś pokolorowała i mnie omijało, bo wierzyła mi, że chciałam dobrze - ale jej złości doświadczałam. Zawsze jednak są te mieszane uczucia co do czynów swojego padawana, bo są często młodsi od mistrza, który jest bardziej doświadczony.
    Nie powinnam się obwiniać, ale czułam się głupio. Przysparzałam problemy Ahsoce i nadal to robiłam nawet jak jej nie było. Reszta może nie wierzyła, że Soka wróci, ale ja wiedziałam, że w końcu się pojawi, a wtedy sama się wyspowiadam ze swojej niesubordynacji. Którą zresztą stosuję dla niej - aby ją uratować. To już nawet nie chodzi o obietnice, ale jak mogę ją zostawić, skoro tyle dla nas poświęciła?
    - Szukam Senatora Bonteri - powiedziałam w końcu do Orn Fre Taa, kiedy go spotkałam. Słyszałam, że jest naprawdę miły a zarazem trochę gapowaty.
    - Dziś go nie widziałem, ale słyszałem, że miał wrócić na Onderon.
    Niech to szlag.
    Wszystko poszło w piach.
    No ojciec byłby niezadowolony - nie lubił piasku.
    A może... Pooja?
    Nie.
    Nawet nie wiedziałam czy jest chociaż dostępna, a nie chciałabym ją wplątywać w wojnę bardziej niż musi w niej być. Niby nie była mi jakoś bliska, ale jakoś tak... jestem Jedi, a moim obowiązkiem jest dbanie o resztę społeczeństwa bez względu na to czy ktoś jest dla mnie kimś ważnym lub obojętnym. Poza tym, nadal nie pogodziłam się z babcią i dziadkiem. Penie sądzą, że jestem jak mama, która patrzy tylko na swoje potrzeby i wplątuje innych w kłopoty. Nie jest to prawdą, nie była egoistką. Miała pragnienia, zakochała się. Wiedziała co ryzykuje i co może się stać.
    Mój ojciec też nie był lepszy.
    Zresztą - podziwiam ich.
    To odważne wyjść na przekór ideałom, które muszą wyznawać dla dobra innych tylko po to by zrobić coś dla siebie. W świetle tego kim byli brzmi to bardzo egoistycznie.
    Mimo wszystko wynik takiej odwagi może być przekleństwem. Pominę fakt, jak bardzo dużo ryzykowali i jak im się oberwało, bo tę część historię ich znacie. Poza tym, zostawili nas na pastwę Rady. Jak się musiał czuć Yoda z taką odpowiedzialnością? W sumie, to dobrze mu tak. To, jak prosperował tą Radą Jedi i jak traktował mojego ojca... dobra, Anakin nawet sobie zasłużył. Idealnym Jedi nie można go nazwać, zwłaszcza, że nie potrafił tłumić emocji, a tym bardziej tych negatywnych.
    W każdym razie, ja nie zamierzam aż tak wychodzić na przeciw swoim wartościom, które wyznaję. Lubię Pooję... po prostu ją lubię i nie chcę by coś jej się stało, bo robi za moją wtykę. Fakt, że łączą nas jakieś więzy krwi wcale nie ułatwia mi zadania. Nie mogę jej nazwać rodziną, co jest przykre. Jak to jest, że osoby nawet innej rasy ode mnie mogą być mi tak bliscy, a rodzina nie? To kwestia tego, iż jestem Jedi czy wina rodziców?


    Odpuściłam sobie chodzenie po korytarzach gmachu senatu, bo tylko mnie to bardziej przytłaczało. Zwróciłam się ku apartamentu matki. Często przewijał się tam ambasador Binks. Nigdy nie byłam z nim na "Ty". Nawet będąc małym dzieckiem. Choć wiem, że śmiało bym mogła, to miałam blokadę. To śmieszny typ, głównie przez swoją nierozwagę. Zabrzmi to dziwnie, ale jest mimo wszystko bardzo odpowiedzialny. Dobrze wykonuje swoją pracę. Zdarzają mu się błędy, to oczywiste. Wiem, że wielu ma mu za złe za przyznanie specjalnych uprawnień Palpatine'owi na czas wojny... ale błagam. To nie jest silny umysł i nie możemy go winić za słabość. Kto mógł wiedzieć, że kanclerzyk to manipulator i przebrzydły Sith?
    Ochrona apartamentowca mnie nie zatrzymała. Byłam wyposażona w identyfikator umożliwiający mi "nadzwyczajną rewizję". Kanclerz załatwił mi to i bratu. To na pewno wydawało się dziwne, że dość regularnie wchodziliśmy do tego budynku, ale nikt nie zadawał pytań. Po prostu tak było i koniec.
    Wjechałam windą na ostatnie piętro i zanim jeszcze otworzyły się drzwi usłyszałam narzekania 3PO. Pewnie znowu R2 próbował go przegadać lub przepiszczeć. Jak kto woli.
    - Jestem! - powitałam ich.
    Na spotkanie wyszedł mi Jar Jar Binks. Tak przeczuwałam, że go znajdę w mieszkaniu mojej matki. Podejrzewam, że nie robił tego specjalnie, ale ewidentnie grał na nerwach protokolarnemu droidowi.
    - Moja cieszyć się widzieć twoja! - powiedział bez ogródek.
    - Też się cieszę, że mogę Cię zobaczyć, ambasadorze - odpowiedziałam.
    - Moja słyszeć o uczennicy Anniego. Moja myśli, że senator Organa z Alderaan mógłby pomóc - zaproponował gunganin.
    No tak...

________________________________________



poniedziałek, 15 marca 2021

Rozdział 45

   Spojrzałam na talerz z owsianką. Nie wyglądała apetycznie, chociaż była. Wręcz doskonała, moje ulubione śniadanie dostarczające wszystkiego, czego potrzebuję, zwłaszcza przed treningami z mistrzem Cinem Drallingiem - jednym z najlepszych szermierzy w Zakonie.
     Od mojego powrotu i zaginięcia Ahsoki minęły dwa tygodnie. Nadal nie przydzielono mi jakiegoś konkretnego Mistrza. Szermierki miałam uczyć się od Drallinga, a nauki teoretycznie czekały mnie każdego dnia w archiwach. Siadałam przed pierwszym lepszym pulpitem, otwierałam konkretny, zaszyfrowany folder, wstukiwałam hasło i wykonywałam zadania, czytałam artykuły. Z dnia na dzień były coraz dziwniejsze i większe. Zaczęłam się zastanawiać kto to przygotowuje - losowe osoby? Jedna? Chciałam jej powiedzieć co o niej myślę.
     Ale to przecież nie Ahsoka, do której mogłam podejść i powiedzieć bez ogródek w czym problem. Nasza relacja opierała się głównie na szczerości. Nie uznawała za brak szacunku moje zauważanie błędów i obiekcje co do planów. Starała mi się wytłumaczyć swoje decyzje i dlaczego powinno być tak, a nie inaczej. Nikt inny raczej nie miał tak zdrowego podejścia. A na pewno nie do mnie.
    Mogłam śmiało zrzucić  winę na swoje niechybne przywiązanie do ciotki. Zastępowała mi matkę i ojca. Bardziej ojca, ze względu na jej podobiznę z charakteru, bycie Jedi, luźne podejście do życia. Nie pamiętałam go za dobrze, w ciągu pierwszych pięciu lat mojego życia był tylko przez dwa. Ale bardzo często słyszałam słowa Obi-Wana do togrutanki "Jesteś zupełnie jak on" albo "Powoli zmieniasz się w Anakina" lub "Jest w tobie więcej Anakina niż można byłoby się spodziewać".
     Nie znałam Mon Mathmy czy Baila Organy, którzy współtworzyli z moją mamą petycję dwóch tysięcy. Nie znałam praktycznie żadnych senatorów i nie widziałam w tym żadnego problemu. Jedynie bliska mi jako tako było Pooja, moja kuzynka a siostrzenica mojej mamy. To chyba jedyny polityk z jakim miałam styczność osobiście. Poza tym, kontakt z nią był niemożliwy - ja nie miałam ochoty, a ona wróciła na Naboo. Jeszcze widywałam kiedyś Luxa Bonteri, ale on wkrótce się ulotnił.
     Na wspomnienie niedoszłego kochanka Ahsoki zabolało mnie serce. Pewnie gdyby się dowiedział, że przepadła, to uruchomiłby wszystkie kontakty, aby ją odzyskać nawet jeśli nigdy nie będzie jego i nie stworzą wspólnej przyszłości. Ahsoka nie nadawała się na życie w związku - jej przeznaczenie to bycie Jedi. Nie wymagałam od niej wszelakiego oddania, w końcu kiedyś wypuści mnie spod swoich skrzydeł. Pragnęłam tyko, żeby zawsze kroczyla obok mnie, ramię w ramię i mogła na mnie liczyć. Nie chciałam aby ze względu na swoje obietnice rezygnowała z innych aspektów i szans, które na nią czekały.
     Ale nie mogłam jej też zmuszać do czegoś, czego ona po prostu nie czuła. To jej wybór, jej droga, jej uczucia, sumienie i Moc. To ona jest odpowiedzialna za to, co ją czeka i co wybierze. Nie musi się nikomu z tego tłumaczyć, nikt nie będzie jej rozliczał. Czasem się zastanawiałam czy nie miała żalu do Anakina, że tak na nią wpłynął, że postanowiła wrócić? Czy ja też powinnam ją powstrzymywać gdyby doszło co do czego? Nie potrafiłabym. To nie tak, że mi nie zależy, ale pozwolić komuś odejść, to dać mu wolność, na jaką zasługuje. Nie ma lepszego sposobu na okazaniu bliskiemu, że się go wspiera - dać mu podążać własną ścieżką, nie wymagać niemożliwego.
     Ale nie potrafię zaakceptować tego, co się stało.
    Nie wierzyłam, że Ahsoka mogłaby mnie zostawić na pastwę losu, żebym musiała odnajdywać wszystkie odpowiedzi w Mocy. Nie wierzę, że mogłabym ukryć przede mną plan, w którym jej życie było zagrożone. Obiecywała, że mnie nie opuści. Nie wierzę, że mogłaby zginąć lub puścić się w takie szaleństwo, przez które czułabym się odosobniona. Nie chcę byc samolubna, ale obiecała mi coś. Nie może mnie skazać na kolejne cierpienie. Zaakceptuje wszystko, ale nie kolejną stratę. Nie stratę jej, kiedy tak naprawdę jest ostatnim co mi zostało.
    Mogę mieć gadane jak wielki admirał, mogłabym mieć najmądrzejszych nauczycieli w galaktyce, ale nikt nie dorówna Ahsoce - kobiecie nadal niepewnej swojej przyszłości i przeszłości. Wszystkich ścieżek na rozdrożach stawianych przez Moc. Wiem, że zawsze bywały czynniki, które od momentu powrotu trzymały ją w murach zakonu. Nigdy nie była to Rada, mistrzowie, konserwatywna ideologi czy spokój. To zaufanie dzięki któremu zdrowo mogła się posługiwać Mocą i żyć w harmonii.
    Nie pozwolę jej odejść.
    Choć Ahsoka będzie na mnie wściekła, to muszę poprosić o Luxa o pomoc. Nie poradzę sobie bez wtyki.

________________________________________

Nie, nie wiem. Wybaczcie. Po prostu wybaczcie. To co się odwala w moim życiu to istna komedia. Dramat.

NMBZW!

niedziela, 21 lutego 2021

Rozdział 44

      Cały lot minął nam w ciszy. Nie przeszkadzało mi to w ogóle. Nie zamierzałam z nikim rozmawiać ani uzewnętrzniać się. To, co się aktualnie działa w moim myślach i sumieniu, to moja sprawa, nawet jeżeli w eterze Mocny wyraźnie dało się odczuć, że  środku cała wrzeszczę, wydzieram się, ponieważ moje serce rozdziela ból.
     Tylko jaki?
    Nie wiedziałam, która wersja bardziej mi przeszkadzała - ta, w której Ahsokę porwali czy ta, w której Ahsoka odchodzi dobrowolnie. Zostawiła wiadomość mówiącą, żebyśmy na siebie uważali i całą misję doprowadzili do końca. Nie było mowy krytycznej sytuacji czy planu. Ahsoka wydawała się zagubiona a mogło to znaczyć równie dobrze niepewność wobec swoich wcześniejszych decyzji jak i losu, który prawdopodobnie ją spotka.
    Zapłaciliśmy kredytem Hanowi Solo. Rada Jedi uaktywniła jego realizację na zawyżoną sumę. Przemytnik twierdził, że należy mu się za ryzykowanie życia, co jest po prostu śmieszne, ale Rada uznała tę wersję i niechętnie zgodziła się na taki kompromis. W końcu wywiązał się ze swojej części umowy.
     Jaki sens był w tej umowie, skoro do spełnienia jej doszło tylko i wyłącznie dzięki Ahsoce, która zyskała przyjaciela w momencie zagrożenia życia. Ile musiała przeżyć, żeby znaleźć się w tym miejscu? Mój ojciec był zdolny poruszyć galaktykę aby wracała za każdym razem żywa, nawet jeśli kiedyś, na samym początku się nie dogadywali. Ahsoka stała się dla niego kimś w rodzaju siostry i osoby, której ufał do tego stopnia, że powierzył jej wychowanie jednego z dzieci.
    Ahsoka miała się nami zająć - bo była naszą ciotką, jedną z bliskich przyjaciół rodziców. Moją mentorką, najlepszą przyjaciółką, wspólniczką, głosem rozsądku i sumieniem. Jej zadanie to przekazać mi wszystkie potrzebne wiadomości - teoretyczne jak i praktyczne - abym mogła sobie poradzić ze wszystkimi przeszkodami na mojej drodze.
     Oraz żeby uratować ją. Bo mistrzom nie zawsze udaje się pokonać wszystkie przeciwności zagrażających jemu i padawanowi.
     A ja uciekłam, bo tak zakładał plan przemytnika. Mogłam się nie zgodzić i wrócić, bo nasza część i tak nie wypaliła.
     Myślałam nad tym wszystkim stojąc przed Radą Jedi i nie miałam pojęcia jak zareagować. Było mi wstyd, że zostawiłam Ahsokę , mimo że nikt mnie nie oskarżał o jej nagłe zniknięcie i moją osobistą w tym porażkę.
     - Jeżeli Ahsoka Tano żyje, to może uda jej się skontaktować - powiedział na koniec Mace Windu jakby to było coś oczywistego. Problem w tym, że obecności Ahsoki nie dało się wyczuć w Mocy.
     - Może? - dopytywałam się.
     - Pewne nic nigdy nie jest - odpowiedział Yoda.
     - No tak. Nie jesteśmy w końcu Sithami - mruknął Luke pod nosem. Nie obchodziło go czy ktoś go usłyszy poza mną. Znałam go za dobrze, żeby się zorientować, kiedy jest rozgoryczony.
    Niestety rozdrażnienie nigdzie nas nie zaprowadzi.
    Tak samo brak odpowiedzi.

    Drzwi windy otworzyły mi się przed nosem. Moje nozdrza uderzyła znajoma woń. Zapach domu, a w Mocy dawna obecność poszczególnych osób. Dotknęłam palcem oparcia kanapy. Jak zwykle czyszczony co tydzień, podobnie do reszty mieszkania. Wszystko potem odstawiano na swoje miejsce. Nikt za bardzo nie korzystał z tego miejsca. Mojego brata nie było tu dłużej niż mnie.
    Spojrzałam na sypialnie, przeszłam przez nią, minęłam garderobę po to by zatrzymać się w progu mojego dawnego pokoju. Był blisko tarasu i zaczęłam się dziwić, że wytrzymywałam ten hałas jako małe dziecko. W nocy było gorzej niż w dzień, bo to właśnie wtedy miasto zaczynało żyć.
    Jeszcze nigdy to mieszkanie nie wydawało mi się aż tak puste. Kiedy wracałam z niego do świątyni, to ze świadomością, że czeka tam na mnie Ahsoka. Teraz nawet nie wiedziałam do kogo mam wrócić. Obi-Wan nie weźmie mnie jako kolejnego padawana, to nie Zakon mistrza Altisa, żeby uczyć dwójkę. Nie widziałam nawet potencjalnych mistrzów, żeby mnie uczyli. Stass Allie ma padawana, nad Shaak Ti ciąży jakaś dziwna klątwa, a Luminarze Unduli nie pozwala kultura. Reszta członków Rady mnie onieśmiela, a innych rycerzy nie mogę powierzyć swojego życia. Nie ufałam im - może i chcieliby dla mnie dobrze, ale wiem, że każdy o mnie mówił za plecami, wytykał palcami tak samo jak niegdyś ojca "bo wybraniec".
    A reszta galaktyki sądziła, że mamy w zakonie sielankę. Co za bzdura!
    Świątynia i jej mieszkańcy przerażali tak samo jak reszta galaktyki. Nie istniało tu celowe zło, nikt nikogo nie szykanował, ale każdy potrafił mówić i każdy miał swoją opinię, wolność słowa. Potrzebę sensacji. Nic w tym dziwnego. Byliśmy z krwi, kości. Jedi składają się z pragnień i emocji, a nasza misja to nieustanne kontrolowanie ich.
    Nie dałam rady wrócić do Świątyni.
    Wybrałam samotność do której się przyzwyczaiłam i położyłam się po skosie na łóżku rodziców.
    Żadnego snu.
    Żadnej wizji.
    Chociaż tyle.
__________________________________________

Nie mam słów.

NMBZW!

niedziela, 31 stycznia 2021

Rozdział 43

      Więź pomiędzy padawanem a mistrzem jest szalenie silna. Można wyczuć, że coś jest nie tak nawet wtedy, kiedy dzieli ich cała galaktyka wzdłuż lub wszerz. Jeżeli dobrze się skupi i dwójka zechce rozwijać, to może nawet istnieć szansa na porozumiewanie się. Jak z Ahsoką jeszcze nie byłyśmy na takim poziomie. Głównie dlatego, że cały czas trzymamy się razem, jestem jej pierwszym padawanem, a ona sama została postawiona przed faktem dokonanym.
     Ale wiem, że powinnam wyczuć.
     A jednak stało się inaczej.
     Możliwe... nie, raczej na pewno Ahsoka ukryła to przede mną. Musiała czuć się pewna albo chociaż udawała, że wie co robi, żebym nie mogła jej zdemaskować. Pewnie próbuję sobie coś wmówić... to nie tak. Nie wierzę, że jestem wielce uzdolniona, wręcz przeciwnie. Jestem przeciętna, wszystko co potrafię uzyskałam poprzez skupienie, które z trudem mi przyszło.
     - Co masz na myśli mówiąc "przepadła"? - wydusiłam w końcu.
     Ahsoka tak po prostu nie mogła wyparować, to bez sensu. Była osobą, którą stawiała dobro innych ponad swoje. Jeśli gdzieś zniknęła to tylko i wyłącznie dlatego, że musiała się poświęcić i obmyślić plan aby potem wkroczyć z niespodzianką, które zniweczy plany wszystkich innych.
    - Stary mówi, że nie odzywała się, a kiedy przyszli ją zgarnąć to zostawiła jedynie wiadomość z hologramem. Kiedy wiadomość skończyła się odtwarzać, to przestali ją... Chewie to określił jako "wyczuwanie". Chodzi o waszą Moc pewnie - wytłumaczył Solo.
    - Nie mogła... - jęknęłam.
    - Może miała plan...
    - Nie. Nawet jeśli, to powinna mi powiedzieć. Nie mogła mnie tak po prostu zostawić. Nie ona. - Nie mogłam w to uwierzyć.
    - Nie jest twoją własnością. To twoja mistrzyni, nie? To raczej ty powinnaś jej słuchać, a nie ona ciebie - stwierdził przemytnik.
    - Nic nie rozumiesz. Z Ahsoką łączy mnie pewna historia. Dość długa, niekoniecznie zawiła. Nie wierzę, że tak po prostu odeszła nie mówiąc mi nic. Jej wiadomość zostawiona dla Obi-Wana jest dla mnie niewiele warta - odparłam.
    - Niedługo się zjawią. I jeszcze jedno... to, co odzyskałaś z młodym. To też przepadło.
    Czułam jakby się pode mną nogi ugięły.
    Kolejna dwójka żołnierzy wymieniła się, aby napić się wody, a ja wcale im nie zazdrościłam. Miałam ochotę zemdleć i to nie z odwodnienia.

    Zatrzymaliśmy się w jakimś motelu. Niewiele różnił się od tego, co było w Mos Eisley. Dwójka żołnierzy udała się zabrać stamtąd rzeczy oraz statek z doku, które pozostawiły droidy bez opieki. Wierzyłam, że Ahsoka mogła mieć już wcześniej plan, ale myliłam się. Ani w walizce ani w środku transportu nic nie było.
    Obudził mnie Luke. Na zewnątrz panował mrok i chłód. Ahsoka mogła gdzieś się ukrywać, a pustynia nocą bywała bardzo niebezpieczna. Zresztą, chyba na każdej planecie noc, to godziny koszmarów na jawie.
    - Musimy jutro uciekać zanim Jabba nas dorwie - powiedział bez ogródek.
    Popatrzyłam na niego zdziwiona.
    - Bez Ahsoki. Bez planów, które miał R2. Jak to możliwe, że on je zgubił? Ktoś mu je wykradł. To nieprawdopodobne. Nikt go jeszcze nie przechytrzył. To nie byle jaki droid. I co robił 3PO? - dopytywałam.
    - Chciałbym znać odpowiedzi na te pytania tak samo, jak ty.
    - Jak one się tam znalazły? - zastanawiałam się. - Miały zostać.
    Luke spuścił wzrok.
    - Obi-Wan twierdzi, że to Ahsoka ich wysłała. Żeby zatuszować zniknięcie.
    - Ale, Luke, to bez sensu! Czemu miałaby zniknąć? Czemu miałaby ryzykować niepowodzeniem misji? Czemu nic nie powiedziała?
    - Nie wiem. Znamy ją oboje tak samo dobrze, ale nie potrafimy odpowiedzieć na te pytania. Jakby podstawili nam zupełnie inną osobę zamiast niej. - Jego słowa zabolały bardziej niż bym chciała. Ponieważ powiedział prawdę.
    - Co teraz ze mną będzie? Kto mnie będzie szkolić? Ktoś musi ją zastąpić
    - Tylko kto?

    Nie wiedziałam co bardziej mnie rani - oparzanie wytworzone poprzez wyjątkowo gorący dzień na tej przeklętej planecie czy serce, które żal sieka na coraz drobniejsze kawałki. Rex wraca na Kamino z żołnierzami, my na Coruscant. Praktycznie z niczym.
    Ja wracam z niczym.
    Zaczynam od nowa.

________________________________________________

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale jestem w końcu :P

NMBZW!

niedziela, 10 stycznia 2021

Rozdział 42

      Nie wiem jak, ale udało nam się zbiec do Anchorhead zanim zrobił to ktoś ze sługusów Jabby. Moi bliscy pewnie musieli zrobić tam niezłą rozróbę. Pomimo dumy, bardziej niż słońce moją skórę, sumienie zżerało moje sumienie. Mi udało się wyjść tylko dzięki nim, droidom. Co to za połowniczne zwycięstwo skoro mnie się udało, a innym nie?
      Żołnierze byli na to przygotowani. Zresztą - ja też. Nawet w wieku pięciu lat kazano mi się pogodzić z bolącą stratą, ale to nie znaczy, że jestem gotowa na to, że żniwo śmierci i pomyłek zabierze mi resztę.
     Nie widziałam życia poza tym, które znałam, więc Tatooine napawało mnie bardziej strachem niż ciekawością. Znałam wszystkie potrzebne fakty i na ich podstawie nie potrafiłam sobie wyobrazić życia tutaj, jak za pewne wiele innych istot nie potrafiło przyswoić sobie wizji, że można prowadzić moje - na tak restrykcyjnych jak tylko się da zasadach, nauce, dyscyplinie. Nudnej rutyny przerywanej raz za czas bitwami czy misjami.
    Ale o to chodzi - trenowanie swojego własnego spokoju, wchłanianie go codziennie do tego stopnia, że w przypadku jakichś zwrotów akcji nie dać się zwieść emocjom prowadzących do ciemnej strony Mocy. Wykorzystywać wiedzę.
    - To bę... - wymamrotał przemytnik niewyraźnie. Już nawet dwuletnie dziecko lepiej złoży zdania, aczkolwiek jak tylko zobaczyłam jego minę to zmieniłam zdanie. Znaczy, nadal uważałam, że dziecko ma w sobie więcej rozumu, ale to nie czas na porównania, nawet jeśli miałam ochotę wepchnąć temu człowiekowi wibroostrze między żebra.
     - W porządku z tobą? - zapytałam zamiast popełnić planowane przestępstwo. Nawet nie wiem czemu skoro widać jak na dłoni, że zaraz zechce pożegnać się ze światem.
      - Wo... dy - zachwiał się.
      To wyjaśniało wszystko.
    Ja dalej podtrzymywałam swoją energię za pomocą Mocy, nie czułam braku nawodnienia. Klony miały filtry, które śmiało można sprzedawać pod sloganem "Lepsze własne niż cudze" i wentylowane zbroje. Han Solo... cały czas skrywał się w statku albo w pałacu Jabby. Jako jeden z lepszych najemników gangstera miał czym płacić i gdzie zabijać wolny czas z dala od wycieńczających własnym istnieniem słońc.
    - Wejdźmy do najbliższej kantyny. Chłopcy, weźcie go pod pachy - nakazałam Appo. Kapitan usłuchał i nakazał innemu to samo. Pięciu pozostałych żołnierzy rozeszło się po uliczkach w celu patrolu.
     W przeciwieństwie do lokalu, w którym znaleźliśmy pilotów, ten był cichy i serio znośny. Z drugiej strony, nie miałam pewności, która jest godzina i ile siedziałam w tym przeklętym pałacu. Barman zmierzył nas wzrokiem. Podeszłam pewnie do kontuaru.
      - Potrzebujemy parę szklanek wody. Rachunek podliczymy pod sam koniec - poprosiłam.
     - Nie ma mowy. Woda to towar największej wartości tutaj. Nie oszukasz mnie, smarkulo. Najpierw płacisz, potem wydaję - warknął facet.
    Sięgnęłam do małej sakiewki z tyłu u pasa. Nie przeszukali mnie u Jabby, co jest dziwne biorąc pod uwagę, że Gammoreanom przydałby się zastrzyk gotówki. Ich strata. Wyciągnęłam parę kredytek na dłoń i znalazłam tę o wartości pięćset, po czym rzuciłam na ladę, a resztę schowałam.
    - Jak nie wykorzystamy wszystkiego, to możesz resztę zatrzymać - poleciłam unosząc kąciki ust. Obserwowałam jak grubas przenosi co chwila wzrok z kredytki na mnie i tak w kółko. - Potrzebujesz Jawy, aby sprawdził czy żeton jest prawdziwy? Jak ci ukradnie, to nie proś mnie o więcej. Dawaj wodę i się nie wygłupiaj, ten człowiek zaraz tu zejdzie, a ja mam już dość trupów - powiedziałam dobitnie.
    Mężczyzna ostatni raz krzywo omiótł mnie i moich kompanów po czym się odwrócił do zbiornika z wodą. Cały czas sondowałam go Mocą w razie gdyby miał mnie oszukać i chciał wyjąć broń. Wątpię w to, że udałoby mu się mnie zdjąć. Prędzej wyciągnęłabym dece Appo i odstrzeliła tubylcowi ten łeb.
    Podał cztery kubki wody. Wpierw wlałam dwa w usta Solo, a Appo i jego podwładny uchylili trochę swoje chełmy i również się napili.
    - Pijcie ile chcecie. Następnie zawołacie resztę - poleciłam kapitanowi, a przemytnik zaczął się krztusić.
    - Co to... za... paskudztwo? - wydusił między kaszlem.
    - To woda - odparłam, jakby to było coś oczywistego. Spojrzałam na płyn znajdujący się w kolejnych dystrybuowanych przez barmana kubkach. Nie wyglądała zachęcająco. Wręcz mętna, jak zawiesina z glutów. Na razie musiało nam to wystarczyć. Nie żeby było mi szkoda mojego wspólnika, ale moi żołnierze zasługiwali na krystaliczną z Naboo. Może nawet nie pogardziliby tą z Kamino.
    Wyciągnęłam kolejny żeton o tej samej wartości i ponownie rzuciłam na ladę. Wiedziałam, że pięćset to mało nawet za taką wodę, ale nie było wyjścia. Rzuciłam kolejny przepijając tym samym półtora tysiąca kredytów. Swoich. Ze spadku. Nie jestem pewna czy właśnie o taki altruizm chodziło moim rodzicom i Zakonowi, ale powiedzmy, że jest warto.
     Komunikator Solo zabrzęczał.
     - Pójdę po resztę. Nam już starczy. Ty też się napij, ale lepiej uważaj - ostrzegł Appo.
     - Zatkam nos - zaproponowałam.
    - Polecam raczej wyciąć kubki smakowe - stwierdził śmiertelnie poważnie i wyszedł przy akompaniamencie wrzasków z Chewbacci.
    - Niech to szlag - zaklął Solo. - A staruszek i młody? - Czekał na odpowiedź. - Pilnuj ich. Jestem w Anchorhead. Uważaj na siebie. Za niedługo się spotkamy.
    - Co jest? - zapytałam ostro.
    Solo spuścił wzrok.
    - Togrutanka przepadła.

__________________________________ 

Nie pytajcie, miałam to opublikować i zapomniałam, że tego nie zrobiłam :/ Mam nadzieję, że dobrze spędziliście sylwester <3

NMBZW!

niedziela, 20 grudnia 2020

Rozdział 41

       Nie wiem co oni zaplanowali, skąd wzięli maszyny wiertnicze przystosowane do den mórz i skąd w ogóle pomysł aby użyć je w celu rozwalenia konstrukcji znajdujących się na piaszczystej planecie, ale to czyste szaleństwo.
 v   Nie mieliśmy możliwości wezwania posiłków, a na pewno nie ja i Luke. Więc albo udało się to Obi-Wanowi albo Ahsoce, albo któremuś z droidów. W każdym razie, nieważne - to nie pora na rozmyślanie nad tym. Musiałam się skupić, aby uniknąć wiertła. Byłam znacznie szybsza w celu wymanewrowania i usunięcia się w bezpiecznie miejsce niż oni chcąc dostać się pod powierzchnię, wyciągnąć wiertło i wbić się w inne miejsce.
    Poczułam trzęsienie oraz usłyszałam piasek oraz odłamki ziemi uderzające o ściany szpar utworzonego wcześniej gruzu. Wbili się dosłownie obok nas. Nie zdążyłam wymyślić jak rozpracować to tak, aby nie utknąć w małej przestrzeni z Hanem. To byłoby by przykre gdybym zginęła z rąk swoich wspólników i to w dodatku nie mając obok siebie nikogo innego niż pyskatego bardziej niż ja przemytnika.
    - W tył! - nakazałam mu.
    Mój miejmynadziejęnierychłyuśmiercacz pędził w dół craz szybciej, a gruzy nie sprawiały mu żadnej trudności, a to znaczy, że ludzkie ciało tym bardziej nie będzie. Ktokolwiek siedział za sterami teggo ustrojstwa, przysięgam, dostanie po głowie.
    Naparłam Mocą na odmłamki ściany tak, aby wbiły się pomiędzy zęby wiertła. Zapytacie mnie, czemu nie użyłam Mocy wcześniej, taki gruz to pestka. No tak, może dla dobrze wyszkolonego Jedi, którzy umie się w mig opanować w momencie, gdy znajdowałam się w niebanalnej sytuacji pochłaniającej całą moją uwagę. Na razie mam piętnaście lat, mało misji za sobą, gadułę marnującą tlen przy sobie i przeklęte sentymenty oraz wspomnienia. Nie zapominajmy o wątpliwościach. One zawsze spotykają mnie w najmniej oczekiwanym momencie i krzyżują plany, bo przecież o to chodzi, co nie? Umieć rozwiązywać problemy, ale nie wszystko przychodzi od razu. Małe kroczki - najpierw należy się skupić, a tego najważniejszego warunku nie miałam okazji wypełnić w stu procentach, bo mnie wyprzedzili. No i mój partner w zbrodni nagle znalazł momenty do omawiania sytuacji Jedi a arenie politycznej i miejsca Zakonu w galaktyce. Idealne wyczucie czasu! Aż zdziw, że nie jest wrażliwy na Moc tylko po prostu upierdliwy.
      Lecz posłuchał.
      Odskoczył tak, jak mu kazałam i wiertło nas nie dosięgnęło, ale otworzyło tunel. Z jeszcze większą łatwością urządzenie wciągnięto w górę. Weszłam w snop światła utworzonego przez słońce sięgające do tego grobowca przez utworzoną dziurę. Dodatkowo poczułam świeże powietrze, a zaraz potem zobaczyłam łysy łeb, który mógł nadawać sygnały świetlne.
      - Appo! - zauważyłam.
     Ochotę na zdzielenie go po głowie przegoniła radość wypełniająca moje serce na widok tego żołnierza. Trzydziestosześciolatek był w pełni sił, gotowości oraz humoru, bo ucieszył się na mój widok. Mogłam się założyć o cały majątek mojej matki, że nawet liczył na napędzenie mi stresu. Humor Ahsoki każdemu się udzielał. Niestety, nie zawsze dobrze to wróżyło.
     - Wyskakuj, młoda! - Jeszcze nie zasłużyłam na rangę komandora, bo brałam udział w niewielu kampaniach, żeby zdążyć nabyć umiejętności. Ahsoka już wcześniej ode mnie zasłużyła na ten tytuł, ale wiecznie była w akcji. Zasłużyła w stu procentach.
      - Wyciągnę cię - zaoferowałam Hanowi po czym, dzięki pomocy Mocy, wzbiłam się w powietrze i wylądowałam na skraju dziury. Wyciągnęłam dłoń i skupiłam się wystarczająco, żeby unieść go Mocą. Nie wyrywał się, nie pyskował, jedynie lekko zaskoczony nie potrafił zachować sztywnej pozy i wił się jak macki sarlacca.
      - A gdzie Chewie? - zapytał w końcu Han stając obok nie.
      - Jeżeli macie na myśli wookieego, który mi ryczał w komunikator i jakoś ominął zagłuszanie w pałacu, to są w środku - odparł Rex.
     Za nim, w gotowości stała jeszcze piątka innych żołnierzy.
     - A ty, to kto? - zdziwił się Solo.
     - Nie widzisz? - zakpiłam z przemytnika. - Ta zbroja może świadczyć tylko o jednym. To nasi... jak to ująłeś? Niewolnicy. Kapitan Appo, dowódca pięćset pierwszego legionu. Przybył ci na ratunek, o dziwo, z własnej nie przymuszonej woli. Inaczej nie ściągnąłby hełmu.
    - Gnereał Tano prosiła o pomoc. Nie wydała go jako oficjalnego rozkazu. Chyba naprawdę musicie mieć kłopoty - stwierdził klon.
     - Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie aktualnie znajduje się Ahsoka.
     - My też nie. Wezwała nas długo przedtem. Czekaliśmy - odparł Appo.
     - To skąd wiedzieliście? - zdziwił się Solo biorąc łyka wody z manierki.
     - Miałem takie odczucie...
     - Moc - wtrąciłam.
     - Jaaasne - zakpił Han wymownie przewracając oczami. Nawet tego nie komentowałam. Może nie wierzył i nic mi do tego, akceptowałam. Appo dawniej też nie był przekonany.
     - Chyba nowicjusz w tym temacie - domyślił się Kapitan.
     - Co teraz? - przerwałam tę dyskusję. Potem sobie pożartujemy.
     - Mój statek został w Mos Eisley. Jabba go skonfiskuje, jak odkryje zdradę.
    - Uprowadzimy cię - stwierdził Appo. - Musimy udać się do Anchorhead, żeby tam poczekać na Ahsokę.

__________________________________

 Wybaczcie. Za dużo tego. MOŻE w środę będzie os

NMBZW!

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Rozdział 40

     Czekanie i cierpliwość nigdy nie były moją mocną stroną. Coś mam z ojca. Lubiłam jak wszystko było wiadome, załatwione. Niewiedza była niszcząca. Ale nigdy jej nie wypierałam, nigdy też się temu uczuciu nie poddawałam. To dobry trening dla duszy. Nie było sensu dać się opanować złości, bo coś jeszcze nie wyszło na światło dzienne.
      Poza tym, Yoda nadal nie wiedział co się działo na Mortis.
     Ja osobiście sama ledwo w to wierzyłam, brzmiało jak wymyślona historyjka, zwłaszcza że Rex twierdził, że nie słyszał ich tylko przez chwilę. To bez sensu. Poza tym, nigdy nie ma takiej siły by wskrzeszać, nawet Anakin Skywalker. To były bujdy, może Ahsokę i Obi-Wana otumaniło. W każdym razie, nie wolno nam było o tym mówić, a ja sama też nie chciałam się ośmieszać. Jakby to brzmiało?
     Oni zresztą też nie pragnęli pośmiewiska.
     Dlatego Yoda nadal nic nie wie i nawet nas trochę szkaluje.
     Zabicie Palpatine'a daje wiele do życzenia.
    Jakby, Rado Jedi, potrzeba wam reformy. Czego wy jeszcze pragniecię? To miał go utulać do snu? Czy tortutrować? To nie droga Jedi.
    W każdym razie, nie bardzo im to podpasowało, bo zaczęli snuć teorie, że to może ja lub Luke jesteśmy z przepowiedni. Jakby, w przeciwieństwie do Anakina nie mieliśmy tak dużo midihlorianów, wręcz przeciwnie - mieściliśmy się w normie. Nasza siłą brała się głównie z tego kogo potomkami byliśmy, nie inaczej. Ale oni i tak mieli swoje widzimisię, że może Skywalker to metafora, Wybraniec wcale nie musi być poza skalą.
     Osobiście, sama w to nie wierzyłam.
    Tak samo jak nie wierzyłam w sytuację na Mortis, chociaż jeżeli naprawdę ona miała miejsce, to była idealnym dowodem na to, że Anakin Skywalker był wybrany przez Moc i jej równowagę przywrócił. Wniosek? Niepotrzebnie się pchał na Palpatine'a skoro Rada wiedziała swoje.
      Strzelam, że to też kwestia tego, jak ostatecznie zginął albo tego, że wziął ślub.
    Tak, jak wspominałam, Zakon to tylko zrzeszenie dlatego nikt nie upominał Radę, że za tylko tłamsiła jednego z najbardziej utalentowanego Jedi nawet po jego śmierci.
    Idiotyzm, nie? Wręcz brak szacunku do kogoś, kto stale, mimo woli szczerze powiedziawszy, okazywał szacunek im. Nigdy nie krył niechęci do Rady, nawet jeśli w niej był. Z drugiej strony - ile czasu? Niewiele. Co mu to dało? Przymusowe uznanie jego i jego racji. Zawsze coś, ale nadal to nic w porównaniu z tym, co inni członkowie dostali. DOBROWOLNIE w dodatku.
     Rada Jedi wymaga wymiany.
     Pójście z duchem czasu się im nie udało.
     Tak naprawdę nikt nie wie, w którym miejscu zatrzymała się ich ideologia. Niby poszli na ustępstwa, ale nie ukrywano, że niechętnie. Nadal, niczym uwiązani jak na smyczy, trzymali się tego co kiedyś postanowili. Prawda jest taka, że póki nie umrą Yoda i Windu, to nic się tak naprawdę nie poprawi. Umysły reszty członków Rady Jedi były bardziej elastyczne i młodsze, skore do współpracy gdyby tylko ta dwójka nie miała ostatniego słowa na posiedzeniach.
     Pozwolili mi żyć i się szkolić.
     Wielkie podziękowania.
     A jak nie, to co?
    Uznaliby mnie za pomiot ciemnej strony? Niezdolna do nauki? Nauczenia? Odebraliby mnie rodzicom na zawsze?
     Stanie przed nimi w celu złożenia raportów peszyło mnie. Wydawało mi się, że wymagali ode mnie za dużo. To nie wcale takie złe patrząc od strony nauczania. Poprzeczki abo nam stawiają albo sobie sami je stawiamy. Nie bez powodów, w końcu chcemy dążyć do osiągnięcia pewnych celów - wyznaczone przez nas lub tych wyżej nas. Wszystko, aby stać się lepszą wersją siebie, godnie reprezentować grupę do której należymy. Problem w tym, że każdy ma inne standardy. Ahsoka, Obi-Wan twierdzili, że spisuję się dobrze, natomiast dla Mace'a Windu i Yody może niekoniecznie. Wydawało by się, jakby patrzyli na mnie jak na kogoś kto ma podbić galaktykę, a nie na zwykłego Padawana.
     To bez sensu.
     Dawałam z siebie naprawdę dużo. Więcej niż musiałam, byłam na idealnym poziomie względem mojego wieku, a jednak dwójka mistrzów potrafiła tak prześwidrować mnie wzrokiem, że czułam się gorzej niż młodzik, który dopiero zaczyna władanie mieczem świetlnym. Nieporęcznie w dodatku.
     Wbrew pozorom daje mi to ogrom siły, żeby działać i udowodnić im, że nie ma przeszkody, której bym nie pokonała. Mogą sadzić na mojej drodze ogorm drzew z grubymi korzeniami, ale ja się z nimi pogodzę i dam radę. Wtopię się w Moc, ona mi da podpowiedzi.
      I wiarę.
     Ta wiara nie pozwalała mi liczyć sekund, minut i godzin.
     Kazała mi liczyć na przyjaciół.
     Luke w końcu przybył.
     - Co myślisz? - zapytałam.
    Podobnie jak w przypadku rozmowy z droidami, od brata oddzielała mnie gruba ściana składająca się z gruzu. Czułam jak z każdą dłuższą chwilą kurz osiadał mi w nozdrzach oraz w jamie ustnej, gdzie transportował się przez całą drogę oddechową. Moje gardło było cały czas podrażnione i co chwilę odchrząkiwałam.
     - Myślę, że mam na ogonie gammorean - odparł brat. Odpalił miecz świetlny. - No i mam też przy sobie naszą broń i nieciekawe wiadomości. R2 przeskanował pomieszczenia. Są tutaj ukryte jeszcze zdalne ładunki wybuchowe.
     - Świetnie - mruknęłam bez przekonania. - Prawdopodobnie czekają tylko, żeby je zdetonować, a to była tylko rozgrzewka.
     - To mało w życiu widziałaś ajk dla ciebie to rozgrzewka zanim położysz się w trumnie - stwierdził Han Solo. - Co robimy młody.
     - Kopiemy - odpowiedział, jakby to było takie oczywiste.
     - No co ty nie powiesz - zirytowałam się.
      Usłyszałam dziwnie głośny odgłos maszyny. Dochodziły zewnątrz pałacu.
      - Wczuj się w Moc Leia. Przyda ci się w unikaniu wiertła - polecił brat.
__________________________________
W niedzielę będę pracować do 23, więc jeśli w niedzielę się nie pojawi o 12, to znaczy, że będzie w poniedziałek. JEST BAAAAARDZOOOOOO DOOOOOBRZEEEE. Nie macie pojęcie jak bardzo jestem szczęśliwa.

NMBZW!

niedziela, 29 listopada 2020

Rozdział 39

     Po części miał racje.
     Tylko po części.
    Każdy w Zakonie miał wolną wolę. Jesteśmy zrzeszeniem osób, które uczą się żyć w harmonii z Mocą. Wykorzystywać ją w celu czynienia dobra opozycyjnie do niesprawiedliwości galaktyki jak: kradzieże, zabójstwa, korupcja, kłamstwa. Niewiele ma z tym wspólnego prawdziwa esencja ciemnej strony Mocy w wykonaniu Sithów. Oni wykorzystują ją do własnych celów - zgłębiają jej tajniki często prowadzących do zagłady przeróżnych światów.
     Tak samo dobrowolnie decyzje o stworzeniu Wielkiej Armii Republiki podjął Sifo-Dyas. Chciał dobrze, chciał nas ochronić. Bo skąd miał wziąć wojsko na dziesięć lat wcześniej? Przecież nie wyszedłby na forum do cywiluchów "Zaciagnijcie się do wojska, za dziesięć lat będziecie potrzebni o wojny! Miałem wizję!". Nikt nie uwierzyłby, a zwłaszcza Jedi, który uchyla przed nim rąbek Mocy, któa nas prowadzi, a dla reszty jest dyrdymałami. Już wtedy Jedi byli uważani za pomyleńców, a Rada nie brała na poważnie wizji Mocy.
      Teraz, to co innego.
      Poza tym - czy Sifo-Dyas wiedział kto zaatakuje? Że to jego wierny przyjaciel, Dooku, rozpocznie tę wojnę?
      Raczej wątpię.
     Klony to mimo wszystko ludzie z perspektywami, chęciami i nadzieją na normalność,  nawet jeżeli wyhodowano ich tylko i wyłącznie do walki i umierania. Widzieli inne istoty i ich życie: w holoksiążkach, w holofilmach, w holozinach, w holoserialach, w wiadomościach z HoloNetu; w miastach i światach, gdzie przybywali na służbę.
     I zazdrościli.
     Cały czas pragnąć.
     Niektórym udało się ugasić to pragnienie.
    Ahsoka opowiadała mi o Kalu Skiracie. Jeden z Cuy'valów Darów, czyli stu osób szkolących komandosów na prośbę Fetta. Cuy'val Darzy to po mandaloriańsku "Ci, którzy nie istnieją". Przepadli na rzecz otrzymania funduszy ze szkolenia żołnierzy. Nikt nie wiedział jakim cudem, gdzie się udali i co ich zwabiło. Czy nadal ich bliscy czy grono, w którym się obracali, wiedzą o powodzie ich wyparowania? Pewnie tak.
     W każdym razie - Kal Skirata miał za zadanie wyuczyć dwadzieścia sześć drużyn, każda licząca po cztery osoby. Już pierwszego dnia poznał szóstkę dwulatków wyglądających na czterolatków. Okazało się, że przeżyli jako jedyni z dwunastu innych elitarnych żołnierzy serii Zero. Zero, ponieważ byli testami na ulepszenie genu. Niesubordynowani, niezależni... aby potem ich uśmiercić. Kaminowanie chcieli ich po prostu zlikwidować - jak śmieci, niepotrzebne rzeczy, zbędne.
      Skirata na to nie pozwolił.
    Tej wyjątkowej szóstce zapewnił jeszcze lepsze szkolenie niż pozostałym, stworzył sześć  jednoosobowych armii.
     Kal Skirata miał sto dziesięciu synów - stu czterech z nich bardziej uległych rozkazów "z góry" oraz sześciu lojalnym wyłącznie Skiracie, ale reszta również od zawsze była głównie jemu - ojcu, który pokazał im co to bezpieczeństwo, bliskość, miłość, rodzina. Gdy nadszedł czas i wojna się kończyła uciekł i zabrał ze sobą swoich podopiecznych zapewniając im w miarę normalne życie.
      Zey wiedział i przekazał Zakonowi.
    Rada nic nie zrobiła. Nie z bezsilności, ale ze zrozumienia. Poza tym, jaki sens ścigania ich wszystkich, skoro mieliśmy wiele innych spraw na głowie i to byli wolni ludzie, żołnierze, którym odebrano dzieciństwo, godne życie, aby nam służyły? Za jaką cenę? Za życie? Jaką wartość miał dla nich i dla reszty kosmosu nasz żal za każdą stracona osobę? Nasza przyjaźń, lojalności, traktowanie na równi pomimo stopni wojskowych? Kiedy reszta postanowiła również odejść, to odchodziła. Nie wszczęto w tej sprawie postępowania, nie oskarżono o dezercję. Bo po co? Bo ktoś pragnął tego, co nie mu nie dano?
     Tak się stało w przypadku żołnierzy z Kamino.
     A co z tymi Centaxa zamówionych przez Palpatine'a?
    Jeszcze szybciej rośli i szybciej ginęli, ponieważ ich szkolenie było za szybkie, nie dość solidne. Powierzchownie.
     Mięso armatnie - tak nazwali ich żołnierze z Kamino.
     A najgorsze w tym wszystkim jest fakt, że to prawda.
     Czy gdyby Rex przeżył, to też by odszedł?
     Zestarzałby się z nami?
    Cały 501 walczył jako dwudziestoośmiolatkowie w ciele pięćdziesięciosześciolatków. Ahsoka dalej prowadziła tych, co wiernie chcieli jej służyć. Niektórzy założyli rodziny. To piękne zjawisko biorąc pod uwagę jak wyglądało ich życie przez pierwsze lata. Ale nadal nie mogą wyjść z szoku, że coś takiego miało miejsce. Sifo-Dyas miał łeb. Cóż, tak, jak mówiłam: każdy Jedi miał swój rozum i sumienie.
    Szkoda, że nie każdy doceniał nasze starania. Palpatine robił po swojemu nie patrząc na konsekwencje. A że to on bywał głównie w mediach, to widziano tylko jego zapędy nierównoznaczne z tym co robili Jedi. Los żołnierzy nigdy nie był nam obojętny. Każda śmierć, to ból przeszywający nasze serce.
      Usłyszałam dźwięk komunikatora.
      Moment...
      Pozbawili go nas. Mieliśmy tylko jeden, w dodatku był w posiadaniu Luke'a, a pisk nadal dochodził do moich uszu z coraz to mniejszej odległości.
      - R2! - pisnęłam.
      - Co? - zdziwił się przemytnik.
      - Mój droid! znalazł nas!
      Astromech zaświergotał pytająco zza gruzu. Teraz miałam pewność.
      - Mały, poinformuj ich. Po prostu powiedz, że to ja... czekaj. Skąd się tu wziąłeś.
      Odpowiedział mi w piskach.
    - 3PO, czy wam obwody przegrzało? Mogli was namierzyć... mniejsza. Nie dajcie się złapać i znajdźcie resztę, jasne? Tylko szybko.
     - Tak jest, panienko - odpowiedział protokolat, który do tej pory milczał.
     Oddalili się.
     - Rozumiesz mowę droidów astromechanicznych? - dopytywał Solo.
     - Najlepiej tego. Poza tym, łatwo odgadnąć co chce powiedzieć - odparłam. - No i jak na blaszaka jest bardzo inteligentny. Jakkolwiek głupio to nie brzmi.
      - Droid myślący? Może ma to coś wspólnego z tymi waszymi mistycznymi zabobonami.
      - Wręcz przeciwnie.
     Po raz kolejny w podzespołach tego droida leży życie jednego z moich członków rodziny. Czy zamieniłabym swojego wybawiciela na myślącą istotę? Na najlepszego wojownika w galaktyce? Na wyspecjalizowanego zabójcę, który przyjmie wyjątkowe zlecenie? Komandosom? Nie.
     Wierzę, że żołnierze Wielkiej Armii Republiki daliby radę, ale R2 i 3PO, jakkolwiek by się nie sprzeczali i byliby irracjonalni, też dadzą.

____________________________________

Musiałam. Po prostu musiałam. Ale zrehabilitowałam się wobec siebie. Spięłam dupę i dużo napisałam. Moje życie powoli wraca na dobre tory. Czy faktycznie nimi pojedzie?

 

NMZW!

poniedziałek, 9 listopada 2020

Rozdział 38

   "Strach prowadzi do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia."
     Tę doktrynę znał każdy - dosłownie każdy - w Zakonie Jedi. Już Mistrzowie o to zadbali.
     Co jeśli w większości mojego życia jest tylko cierpienie? Nie istniała nienawiść, strachu wielkiego też nie doświadczałam, nie oznaczało to, że mogę lekceważyć swoje obawy. W żywocie każdego Jedi wszystko próbę, której trzeba stawić czoło. Najlepsze były sytuacje zagrażające nam śmiercią - to sprawdza do czego jesteśmy tak naprawdę zdolni, do czego się posuniemy, żeby uratować kogoś, ale też uchronić swój kark.
    Co jeśli w końcu muszę poświęcić swoje życie za kogoś, kogo nie lubię? Kodeks nakazywał bezwarunkowe poświęceniem innym żywym istotom. Wina Mocy - ona otaczała wszystkich otaczała, bez względu czy ktoś wierzy w jego istnienie czy też nie. Moim obowiązkiem jest uchronić każdą egzystującą jednostkę mającą swój wkład w Moc - tak, jak Kosmos składał się z planet, księżyców, gwiazd; tak samo Moc składała się z żyć. Moim zadaniem jest uchować jak najwięcej elementów tej układanki. Na tym polegała harmonia.
     Szacunek do losu innych.
    Ale czy oddawanie życia za kogoś nie jest brakiem poszanowania dla naszego żywota? Czy rodzice myśleli o tym podczas wojny?
    - Wszystko w porządku?
    Czyli Solo przetrwał. Zrobiłam co się dało.
    Myśląc przede wszystkim o sobie. Na drugim miejscu postawiłam przemytnika.
    Z żalu.
    Ale do czego? Że myślał o sobie, tak, jak ja teraz? Że próbuje przeżyć? Wciągnęliśmy go w konflikt, bo chcemy dobrze wykonać swoje działanie. Czy to nie egoizm?
    - Głowa mnie boli - przyznałam dotykając palcem czoła. Wytarłam strużkę krwi nieuchronnie wędrującej do mojego oka. Czułam już jak zatrzymała się na brwi, aby potem się przez nią raz dwa przeprawić.
    Nie miałam przy sobie bacty. Pozostało mi prosić Moc o brak zakażenia. Kto wie co było napakowane w detonatorze.
     Przeklęty Jabba. Chyba na całym ciele, pod fałdami, ma oczy.
    - No to wpadliśmy -mruknął Han. - Nie masz jakieś latarki przy sobie? - Usłyszałam jak dotyka dłonią gruzu obok siebie. - Nawet nie czuję wolnej przestrzeni by jej powiększyć.
      - Nie mam - szepnęłam zrezygnowana. Zamknęłam oczy.
    Spróbowałam opanować wzburzenie przepełniające moje całe ciało i umysł. Standardowo powtórzyłam mantrę - pierwszy wers deklaracji ortodoksyjnych Jedi względem Mocy: "Nie ma emocji - jest spokój". Wydaje się to takie oczywiste, ale wygłoszenie tych słów we własnych myślach sprowadzało do pionu, jak komenda najwyższego priorytetu.
     Wyjściowa.
    Od zachowania spokoju bierze się harmonia i życie w zgodzie z tym, co istnieje i żyje, co Moc ukształtowała.
    Jak wodospadem, negatywne uczucia opuściły najpierw mój umysł, a następnie wszystkie cząsteczki mojego organizmu.
    Mogłabym je zostawić jako komunikat dla reszty, że coś jest nie tak. Próbując się uspokoić moja aura w Mocy dała sygnały, że wszystko jest już dobrze. A przecież nie było, więc ślad tego incydentu zostaje. I tak nadal będą czuć.
    To nie wstyd prosić kogoś o pomoc. Nie jestem nieśmiertelna; nie jestem Sithem, żeby iść na skróty. Nie okazuję słabości, aby przywołać nienawiść i uporać się z moim problemem raz dwa. Szukam możliwości pozwalających mi zachować zrównoważenie. Dopuszczam do siebie istnienie tego, co może mnie sprowadzać na ciemną stronę Mocy, lecz z determinacją i opanowaniem je tłumię. Uczę się jak być Jedi poprzez przyjmowanie przeciwności i pokonywania ich bez destrukcji dla swojego ducha i innych.
    Dopiero osiągając pełną kontrolę i otaczając się pozytywnymi bodźcami pozwalam na połączenie się z bratem.
    - Za niedługo braknie nam tlenu - stwierdził Solo.
    - Jeżeli się nie zamkniesz, to stanie się to o szybciej - zauważyłam.
    - Jeżeli będziemy szukać wyjścia lub je tworzyć to też.
    - Czekaj - nakazałam.
    Jak od pola siłowego odbiła się ode mnie fala jego nagłej złości.
    - Na co? - fuknął.
    - Na pomoc. - Jakby to nie było oczywiste.
    - Nikt nie wie, że tu utknęliśmy. A nawet jeśli, to nie zdążą. - Był wściekły coraz bardziej.
    - To czy umrę tu czy nie zależy od twojego planu. Skoro był taki świetny i dokładny, to czemu nie przewidziałeś tej pułapki? To podstawa strategii - zakpiłam.
    - Nie jestem jasnowidzem, jak ty. - Przysięgam, że gdyby mógł mnie zobaczyć to zmierzyłby mnie wzrokiem.
    - Jedi też nimi nie są - sprostowałam.
    - Ale jesteście hipokrytami - podjął po chwili milczenia. - Tak wam zależy na pokoju, a głupich wojen nie potraficie powstrzymać i jeszcze bierzecie w nich udział. Jesteście beznadziejni.
    - Jak obiecywaliśmy ci pieniądze, to nie byłeś taki skory do obrażania nas. To dopiero beznadzieja i hipokryzja.
    - To tylko interesy.
    - To przestań marnować nam powietrze i skup się na swoich kredytach oraz przemyśl swoje teorie. Nie doszedłeś chociaż raz do wniosku, że te wojny są skierowane głównie w Zakon Jedi? Jesteśmy stawiani pod ścianą bardziej niż reszta Republiki.
    Może to mu zamknie jego wygadaną jadaczkę.
    Miałam dość wiecznych oskarżeń i bólów o to, że nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy. Kto nałożył taką wizję? Zakon czy społeczeństwo? Na pewno społeczeństwo, skoro nikt nie miał wglądu, do tego, co robimy w murach świątyń.
    Poza tym, nabierali wątpliwości za każdym razem, gdy spotykali Jedi nagminnie sprzeciwiającego się Radzie i idącego własnymi ścieżkami. Wcale nie złymi.

_____________________________

Nah, gdybym miała siłę na co innego niż czytanie. Weny brakuje, szukam jakiegoś katalizatora. No i chęci. Ale! Planuję os na krismasy.

Plz, forgive me

 

NMBZW!

niedziela, 25 października 2020

Rozdział 37

    Zaczęłam się zastanawiać jak bardzo Yoda stracił rachubę czasu przez te wszystkie lata, skoro ja w celi nie potrafiłam określić ile minęło minut. A może godzin? Światło wpadające przez lukę mówiło mi, że słońce nadal góruje na niebie.
     Solo nadal się nie zjawił, więc co godzinę prychałam w stronę mojego brata, żeby pokazać moje rozgoryczenie i rozbawienie jego naiwnością. Solo to oszust i wcale nie ma słabego umysłu także perswazja Mocą odpada.
      No i jeszcze pozostaje kwestia Ahsoki.
      Moją głowę od samego początku opanowywały najgorsze sceny. Czy da radę się im postawić? A może skończy jak Aayla Secura? Jaka ta galaktyka jest niesprawiedliwa, Ahsoka w wieku czternastu lat uratowała tę małą glizdę Rottę, a Jabba tak jej się odwdzięcza! Skoro już nas rozgryzł, to czemu chce ją krzywdzić? Po co moja matka się tak trudziła, żeby uratować Anakina i Ahsokę skoro i tak to się nie opłaciło?
      Usłyszałam szczęk kluczy i plakietek, które za jednym przyłożeniem otwierają drzwi.
      Pewnie Gamorreanie.
      Popatrzyłam w lewo.
      Nie, to nie gamorreanie.
      To coś gorszego - Han Solo.
      - Dostałem specjalny przydział. - Nie wydawał się dumny z siebie.
     - Pierwszeństwo w kolejce moich przyszłych ofiar? Tak. I to ze szczególnym okrucieństwem, zdrajco - odparłam.
      - Hej, paniusiu, mam plan - uspakajał.
     Podniosłam się gwałtownie z ziemi nie zwracając uwagi na to, że cały mój strój jest brudny od kurzu, piasku i betonu. Akurat dziś stwierdziłam, że wypadałoby wymienić uniform. Jakby ktoś tu jeszcze zaprzątał głowę czymś takim jak przepocone ubrania czy bród. Czy to czyni ze mnie ignoranta? Że przejmuje się takimi rzeczami?
      - Też mam plan - powiedział Luke.
     - Wykorzystaj go i zwiewamy. Nie spoufalaj się z nim. Patrz jak na tym wyszedł Obi-Wan - skarciłam brata.
    - Nadal mam wobec niego dobre przeczucia - wyznał Kenobi.
    - To gdzie Ahsoka? Twoja przyjaciółka? Jaki los ją spotkał?
    - Togrutance nic nie jest. Powiedziałem Jabbie, żeby mi ją "oddał" - W tym momencie zrobił z palców cudzysłów. - Jest w mojej wynajętej kwaterze. Chewie się nią opiekuje. Nikt jej nie tknął ani nie skrzywdził i nie skrzywdzi.
      - Podaj mi jeden powód, dla którego mam ci uwierzyć i nie obciąć wynagrodzenia - zażądałam.
     - Bo mam plan. Lepszy niż ten wasz staruszek miał. No i dzieciak też coś wykombinował - odpowiedział.
      - Wysłuchajmy twojej wersji - polecił Kenobi wstając.
      - Ahsoka wraz z Cheewiem odetną zasilanie w całym pałacu i zrobi się zamęt - zaczął.
      - A ty go opanujesz i zgarniesz pieniądze - domyśliłam się.
      - Też. Ale jesteś potrzebna mi ty.
      - Nie mówisz poważnie - parsknęłam.
      - Masz cięty język, wykorzystamy to. Ukryjesz się wraz ze mną a potem wyjdziemy: ja jako bohater a ty złoczyńca. W tym czasie dziaduniu i młody wykradną z komputerów resztę informacji, zaszantażują Jabbę, porwiecie mnie i ja dostanę swoje pieniądze.
      - To nie ma prawa się udać.To bez sensu - zawyrokowałam.
      - To może się udać - zaprzeczył mi Obi-Wan.
      Spojrzałam na niego jak na idiotę.
      - Masz klaustrofobię i ci odbija?
      - Leia, daruj sobie. Idź z nim - nakazał Kenobi.
      - Już czuję linię zrobioną wibroostrzem na swojej krtani. Otwieraj to - kazałam Solo.
     Przemytnik trochę siłował się z zamkiem, bo nie zdobył kart, ale w końcu mu się udało obejść. I wypuścił mnie i mojego brata.
      - Biegnijcie już. Ja zajmę się Obi-Wanem - polecił Luke.
      Nie oglądając się za siebie podążyłam za Hanem w lewo. Przeprowadził nas w dół schodów, gdzie było ciemno. Dosłownie - ciemno. Wręcz czarno. Nie użyliśmy żadnych lamp, tylko szliśmy. Obecność Solo czułam przez Moc tak samo jak wyczuwałam inne żywe, zapewne nieznane, gatunki zwierząt czające się tu wszędzie tylko po to by mnie skosztować. Kenobi mnie wrobił na całego.
    Miałam złe przeczucia. Nie same zwierzęta się tu znajdowały i czyhało na mnie coś gorszego. Zastanawiałam się czy Solo sprowadził mnie tu celowo czy po prostu zbyt bardzo w siebie wierzy i nie dopuszcza do swojej wiadomości, że może być inaczej niż po jego myśli.
      Nawet się słowem nie odezwałam.
      Nadal pozwoliłam mu prowadzić.
_______________________________
Przepraszam. W niedzielę dostałam taki strzał w pysk, że trzyma mnie do dziś. Postaram się poprawić.

NMBZW!

poniedziałek, 12 października 2020

Rozdział 36

     Ledwo powstrzymałam się od grymasu na widok obślizgłego cielska Jabby. Jego nie proporcjonalne do tułowia łapki były wręcz śmieszne zważając na fakt, że ta istota miała w swym władaniu pół przemytniczego imperium. Kiedy wkładał sobie do ust żabę, z kącika spadła mu dość spora kropla śliny.
     Fuj.
    Nigdy w życiu nie sądziłam, że moje życie będzie zależało od jakiegoś ślimaka. Ogółem miałam świadomość, że Zygerrianie wykończą mnie prędzej czy później, ale nie, że zrobią to Huttowe. Z dwojga złego, chyba lepiej żeby to Jabba mnie wyeliminował z gry niż żeby to zrobiła Zygerria. Przynajmniej klan Desilijic nie miesza się w żadne wojny. Wszystko dla swoich interesów, byleby prosperowały dalej. Super.
      - Hai czuba da naga? Ah'czu ejpenkii?* - zagrzmiał.
     Nie rozumiem huttańskiego i nie chce rozumieć. Niby rodzice znali - mama bo królowa wiele umiała, a tata... no musiał umieć. Ahsoka mi powiedziała, że nigdy nie podejrzewała, że Anakin zna. Kiedy usłyszała jak się zwraca do małego Rotty - zastanawiam się gdzie on jest - od razu powiedział, że miał nadzieję nigdy nie używać tego dialektu. Dlatego postanowiłam nawet  nie próbować poznawać podstawy przynajmniej na czas tej misji. Bo po co? Nawet bez tego dało się zrozumieć o co pyta - kim jesteśmy i czego chcemy. Poza tym, ma protokalata.
      - Uwięziłeś pewnego człowieka - przemówiłam bez ogródek.
     Jego odpowiedź była kompletnie niezrozumiała. Zaczął mówić szybciej. Po drganiu ogromnego cielska wywnioskowałam, że jest wściekły, a to oznacza, że my też będziemy mieć problemy.
      - Potężny pan Jabba - Jeżeli miałabym spekulować o potędze tej istoty, to jest poza piątką. Czy oni nie zorientowali się, że mamy pojęcie o Czarnym Słońcu? Poza tym, Zygerria wychodziła na prowadzenie, a z tymi to znaliśmy się aż za dobrze. - każe przekazać, że ten Jedi oszukał naszego najlepszego pilota Hana Solo. Jeżeli braliście w tym udział, również was uwięzi - odpowiedział droid protokolarny.
      Spojrzałam kątem oka na przemytnika.
      - A co z togrutanką? - zapytał Luke.
     Han Solo nas trochę wkopał. Martwi się o swój zadek, żeby pracy nie stracił i to jest w zupełności zrozumiałe. Tylko sądziłam, że przemytnicy mają trochę więcej serca w przeciwieństwie do łowców nagród. Myliłam się, bo nie wzięłąm pod uwagę, że ktoś może zostać pokrzywdzony przez życie. Przecież to też ma wpływ na nasze decyzje, ale zauważyłam w tym szmuglerze coś... coś jakby nadzieję. Jakby zaczynał przywracać sobie wiarę.
     - Togrutanka niegdyś uratowała syna Jabby, Rottę, dlatego pan Jabba oszczędził ją i ma zostać tancerką - poinformował robot.
    To jedyny taki moment w moim życiu, kiedy nie widziałam w takich automatach 3PO - nieporadnego, nerwowego. Miałam ochotę go rozwalić na kawałki raz dwa i a samego Jabbę przerobić na mokrą karmę dla Banth.
      - Jeżeli będziecie sprawiać problemy, podzielicie ich los - kontynuował. Jabba znowu przemówił i a protokolat sprawnie przetłumaczył. - Czego Jedi szukają na planecie Tatooine?
      Pewnie szczęścia.
      Chciałam uzgodnić to z bratem, ale on najwidoczniej ze mną nie.
    - Wykradliśmy wam tajne dane dotyczące broni Zygerrian.
     No to po nas.
     Jabba się wściekł. Wszyscy znajdujący się w sali audiencyjnej pałacu ucichli. Hutt grzmiał i nawet nie potrzebowałam tłumaczenia, że wrzeszczał "ŻE CO?!". Prawdopodobnie kazał nas też uwięzić bo nagle podeszło do nas czterech łowców nagród, którzy celowali w nas bronią.
      Luke kiwnął nie zauważalnie głową co miało oznaczać, że mam pozwolić się złapać.
      Zakuto nas w kajdanki i skierowano w stronę drzwi.
     - Smarkacze. Oszukaliście mnie. Pewnie nawet nie chcieliście płacić - przerwał ciszę Han. Patrzył na nas z pogardą. Byłam tak zdezorientowana, że nawet Moc nie potrafiła pomóc mi w ocenie czy serio to powiedział bo zwątpił czy grał na zwłokę. Prędzej to jego dałoby się oskarżyć o kłamstwo.
      - Przysięgam, że skopie mu dupę, jak się stąd wydostaniemy - obiecałam bratu.
    Umieszczono nas w celi na przeciwko Obi-Wana. Patrzył na nas bez wyrazu co dało mi do zrozumienia, że mam się szykować na jakiś uszczypliwy komentarz, który nastąpił zaraz po tym, jak łowcy głów się ulotnili i w pobliżu znajdowali się tylko gammoreanie. Małointeligentni i mało kumaci szczerze powiedziawszy.
     - Podejrzewam, że przybyliście nam na ratunek. Jak zwykle, jak to zawsze u Skywalkerów, poszło wam genialnie.
      - Musisz być dumny - stwierdziłam. - Luke, jako twój padawan, ma nauki prosto od ciebie. Moje, co prawda trzecia w kolejności, ale też biorą się od ciebie.
      - Moje do Qui-Gona, jego od Dooku, a Dooku od Yody. Wniosek?
      - Wina Yody - uznałam.
      - Powiedz mu to w twarz. - Kąciki ust Obi-Wana uniosły się lekko.
      - Według twojego rozkazu, Mistrzu Kenobi - uśmiechnęłam się chytrze.
      - Trzeba wydostać Ahsokę - postanowił się głośno Luke.
      - Dobre spostrzeżenie, panie sprytny. Zwłaszcza zważając na to, że siedzimy w celi dzięki tobie - zakpiłam.
      - Mam plan. Tylko potrzebny nam jest Solo - powiedział pewnie Luke.
      Ręce mi opadły.
     - Mamo, tato, do zobaczenia za niedługo - obiecałam patrząc w sufit. Zrezygnowana oparłam się o ścianę. Ukryłam twarz w dłoniach, westchnęłam głośno i zjechałam do pozycji siedzącej. Podkurczyłam nogi, przetarłam oczy i twarz. Oparłam przedramienia na kolanach i wpatrywałam się w kciuk i wskazujący palec prawej dłoni. Ocierałam je o siebie co pomogło mi skupić uwagę i się zastanowić.
    Mój brat oszalał.

______________________________

*Czego chcesz? Kim jesteś?

Tak, wiem. Opóźnienie jednego dnia. Kompletnie wczoraj odpłynęłam w swoich sprawach. Przepraszam. <3 Ale wena jest! Rozdziały się piszą, juhuuu! One-shot też!

NMBZW!

niedziela, 4 października 2020

Rozdział 35

    Często sen u Jedi zwiastował coś niedobrego, bo przeinaczał się w wizję.    
    Czy ktokolwiek zna wytłumaczenie na bezsenność?
    Tak często przekręcałam się z boku na bok, że chyba obudziłam Luke'a. Nie wiem, nic mi nie powiedział, bo albo jednak spał, albo mu to nie przeszkadzało, albo nadal nie chciał się odzywać. Nie żebyśmy się na siebie obraził, chyba po prostu oboje potrzebujemy czasu. Życie piętnastoletniego padawana nie jest łatwe - wychodzi na to, że przeciwności losu jest najwięcej wtedy i najbardziej dają się we znaki. Tylko że w naszym przypadku jest to przeszłość i jej tajemnice.
      Patrzyłam w sufit, jakby miał mi odpowiedzieć na nieme pytania - niewypowiedziane nie dlatego, że nie mówiłam o nich na głos, ale też ich nie wymyśliłam. Nawet nie wiedziałam o co chcę pytać!
      Sufit również milczał.
      My w pewnym momencie przestaliśmy.
      - Rano - przerwaliśmy ciszę.
    Najwyraźniej oboje myśleliśmy o tym samym: udamy się do pałacu Jabby. Pewnie zrobi nam krzywdę albo od razu zabije. Zawsze to lepsze niż złość Obi-Wana i Ahsoki - osobno lepiej ich nie denerwować, ale grać im na nerwach obojgu na raz? Czeka nas coś gorszego niż szlaban, chłosty lub okrutna śmierć.
      Niech Moc ma nas w swojej opiece.
      Albo Mama.
      Mama w Mocy.
    W każdym razie - mamo, jeśli mnie słyszysz, czuwaj nad nami. Twoje ramiona to moja najbezpieczniejsza przystań.

    Postawiliśmy na chód i zaraz o świcie ruszyliśmy do pałacu Jabby. Nie jedliśmy nawet śniadania, połknęliśmy jedynie po kapsułce żywieniowej - może wystarczy. Zostawiliśmy 3PO w domu. Gdybyśmy nie wrócili do dwóch dni, miał wezwać posiłki.
     Choćbym chciała podziwiać widoki, to już nie mogę patrzeć na ten piach i słońce. Wszędzie tylko piaskowy horyzont i niebieskie, bezchmurne niebo. Do porzygu wręcz, żadnego deszczu, oberwań, błyskawic (siedźcie cicho, Sithowie). Mój strach o mistrzów i własny los wcale nie polepszał humoru.
      Dotarliśmy do wrót Jabby.
      Robot zadał nam pytanie po huttańsku.
      - Przybyliśmy do Jabby - oświadczył pewnie Luke. - Mamy interesy.
      Ciekawe czy masz na nie fundusze.
      Droid zaświergotał coś jeszcze po huttańsku i zniknął.
      - Mam jakieś złe przeczucia - powiedziałam.
    Wrota otworzyły się.
    Na naszej drodze stanęła dwoje obślizgłych, uzbrojonych gammorreanów. Super, będziemy musieli się ujawnić. Mimo wszystko poszliśmy z Luke'm przed siebie. Strażnicy trzymali się blisko, ale nie atakowali. Na spotkanie wyszedł nam blady twi'lek.
      - Kim jesteście, młodzi przyjaciele? - odezwał się we wspólnym.
    - Chcemy się rozjerzeć i ewentualnie podjąć jakąś pracę. Jesteśmy samotni, musimy zdobyć pieniądze - powiedział Luke.
     - Zapraszam za mną. - Twi'lek wskazał ramieniem kierunek.
     Niech zabawa się zacznie.
     Już widzę ten wzrok Obi-Wana i Ahsoki - o ile jeszcze żyją.
     - Rozglądnijcie się, a ja powiadomię Jabbę - polecił.
    Było tłoczno i głośno. Drażniło to moje uszy i nie potrafiłam się dostatecznie skupić, dlatego nie przewidziałam, że ktoś pociągnie mnie za przegub. Luke odwrócił się natychmiast. Han Solo ukrył nas za filarem.
     - Co wy tu robicie, smarkacze?! - zapytał poirytowany.
    - Szukamy szczęścia - odpyskowałam i wyszarpałam nadgarstek z jego uścisku. Świdrował mnie wzrokiem.
     - Staruszek was tu przysłał? Mieliście się trzymać z daleka! - zganił nas.
     - Gdzie jest Obi-Wan? - zarządał odpowiedzi Luke.
     Solo popatrzył na niego i spuścił wzrok.
    - Słaby z niego negocjator. Jabba go w końću poznał, sam też pomieszał pewne wątki. Trafił do lochu - wyznał.
    - I nic nie zrobiłeś?! Na co czekasz?! Gdzie Ahsoka?! - dopytywałam się.
    - Też. Czeka na wszczepienie nadajnika. Przykro mi.
    - A czemu ty jesteś na wolności? - zdziwił się Luke.
    - Skłamałem. Jestem pilotem Jabby, wykonuje dla niego zlecenia, kiedy jest na Nal Hutta. Straciłbym pracę - bronił się.
    - Masz serce i sumienie w ogóle? - zirytował się Luke. - Co ty sobie myślałeś?
    - Planuje ich uwolnienie, ale...
    - Sami to zrobimy - przerwałam mu. - Musimy się dostać do więzienia. - Spojrzałam na brata.
    - Zginiecie. A ja razem z wami, a mi życie miłe. Siedzcie tu i się nie ruszajcie - nakazał.
    - Wielki Jabba zaprasza na audiencję - przemówił robot protokolarny.
    Automatycznie pomyślałam o złotym droidzie ojca. Oby nie spanikował i zrobił wszystko na czas.
    Moment... gdzie R2?
    - Powariowaliście? Teraz wszyscy zginiemy! - przesądził przemytnik.
    Może miał rację?
    Miałam złe przeczucia.
    _______________________________________

W tym tygodniu trochę luzu. Będzie dobrze!

NMBZW!

niedziela, 27 września 2020

Rozdział 34

     - Co jest? - zapytał Luke.
    Kiedy padłam zrezygnowana na kolana, podbiegł do mnie zapominając o pilnowaniu tyłów ludzi pustyni.
     - W porządku? - dopytywał pochylając się nade mną i opiekuńczo położył dłoń na moim ramieniu.
     - Później ci opowiem, obiecuję - wyszeptałam.
     Spojrzałam na zgraję tuskenów, nikt się nie ruszył. Patrzyli na nas z widoczną rezerwą. W Mocy dało się wyczuć ich zdziwienie.
     - Czy wzięliście coś z jamy Sarlacca? - odezwał się Kitster drżącym głosem. Zgaduję, że to była jedna z najodważniejszych rzeczy jaką wyczynił w swoim dotychczasowym życiu. Podziwiam.
     Któryś tusken podszedł do banthy. Wstałam ostrożnie gotowa do możliwego ataku. Tusken wziął jeden z materiałowych worków i zaczął w nim nerwowo grzebać. Popatrzyłam na siebie z Luke'm cierpliwie czekając. Poszukiwacz wydał z siebie dziwny głos i podreptał do nas z czymś w dłoni. Zatrzymał się dwa metry od nas, wyciągnął rękę, a kiedy odebrałam od niego zdobycz, szybko ją zabrał i wycofał się przestraszony.
     Spojrzałam na przedmiot w mej dłoni.
     Dysk ze znakiem dawnego imperium rakatańskiego.
     - Czy znaleźliście tam coś jeszcze? - zapytał Luke. Tuskeni zaprzeczyli ruchem głowy. - Nawet nie pytam jak wyciągnęliście. Odejdźcie.
     Sami również się wycofaliśmy. Wraz z Kitsterem poszliśmy w stronę Mos Espy. Czekała nas długa droga.
    - Zaraz zacznie zachodzić słońce. Lepiej żebyśmy dotarli do domu przed zmrokiem - powiedział Kitster.
     - Zgadzam się. My sami musimy dostać się do Mos Eisley - odpowiedziałam. - Dziękuję ci. Poszedłeś z nami, zaufałeś nam i pomogłeś. Masz dobre serce.
     - To dla mnie świetna przygoda. Chętnie bym ją rozpowiedział, ale tu mi raczej nikt nie uwierzy - stwierdził.
     - Nie obraź się... czy jako niewolnik możesz tak daleko się zapuszczać? - zaciekawił się Luke.
     - To zależy do mojego właściciela. Kiedyś była nim huttka Gardulla, ale podobnie jak waszego ojca i babcię, przegrała mnie na wyścigach z osobą, która chciała zarobić. Skromny mieszkaniec Mos Espy. Niestety nie chciała mu dać pieniędzy, więc oddała mu mnie. Mam pilnować jego interesów i przejąć gdy odejdzie, nie ma rodziny. Chce po prostu bym był uczciwy i wracał.
     - Jest jeszcze jakaś nadzieja w tej galaktyce - stwierdziłam.
 
     Dotarliśmy do portu zanim słońce zaszło za horyzontem dzięki czemu mieliśmy sporo czasu na dotarcie do naszego mieszkania zanim całkowicie się ściemni. Pożegnaliśmy Kitstera i po raz kolejny podziękowaliśmy mu za pomoc oraz za opowieści w drodze nad jamę i tej powrotnej do Mos Espy - znacznie przybliżył nam historię naszego ojca praz naszej babki, do której tata wielokrotnie mnie porównywał. Mimo swojego dość młodego wieku pamiętałam, jak za każdym razem wspominał swojej żonę "Jest podobna do matki. I do ciebie. Jakbyście się wymieszały i stworzyły Leię".
     Nigdy nie widziałam zdjęć babci Shmi. Musiałam wierzyć ojcu, mamie no i Kitsterowi. Natomiast babcię Jobal widziałam wielokrotnie. Skręciło mnie w żołądku na myśl, że od Kitstera jak i mamy usłyszałam wiele dobrego o Shmi, ale wielokrotnie mama mówiła o swojej. Problem w tym, że cały czas mam żal o to, iż rodzice Padme Amidali najpierw byli zdziwieni, potem źli i w końcu przerosło się to w niemożność mówienia. Przynajmniej przez pierwsze pięć lat, bo na pogrzebie wyglądało to jakby miało się poprawić. Ale my zostaliśmy Jedi. Może kiedyś damy radę to wyjaśnić.
     - Nie sprzedawaj hologramu wyścigu - poradziłam Kitsterowi.
     - Oddam wam go za darmo - zaoferował.
     - To wasza jedyna pamiątka - odparł Luke. - Zachowaj ją.
     Odeszliśmy i udaliśmy się do śmigacza.
     Ciężko mi było na sercu, nie wiem czemu. Widziałam go pierwszy raz w życiu, a jakbym znała go od zawsze. Ten ból pozwolił mi na chwilę zapomnieć o problemach.
     - Obi-Wan - przypomniał mi Luke, kiedy weszliśmy do pojazdu i ruszyliśmy do Mos Eisley.
     - Nie kontaktował się. Mam złe przeczucia. Byliśmy tak zajęci Sarlacciem. A co jeśli...
     - Wyczulibyśmy - uspokoił Luke. - Na pewno.
   - Komunikator? Ahsoka by to nap... nie, ona udaje niewolnicę. Może zagłuszyli przekazy - wyliczałam na głos.
     - Myślisz, że...
     - Nie wolno nam - przypomniałam bratu.
     - To jedyne wyjście! - Wskazał palcem na sakiewkę przy po moim pasie. - Muszą wiedzieć. Musimy ich powiadomić. Tata by tak zrobił.
     - Nie chcesz być jak on - urwałam rozmowę niewiele myśląc.
     I uderzyły mnie wspomnienia sprzed paru godzin. W głębi duszy nie dawały mi spokoju tak, jak kwestia Obi-Wana.
     - O czym ty mówisz?! - zdziwił się Luke. Musiałam go wytrącić z równowagi, bo śmigaczem wstrząsnęło, ale udało mu się skupić ponownie.
     - Ojciec wyrządził krzywdę tuskenom - szepnęłam. - Nie wiem co, ale to był on. Czułam, a te aury nie da się pomylić.
     Mój brat posłał mi ukradkowe spojrzenie.
     Milczał. Musiał to sobie przetrawić. Ja również.
     Nie odezwaliśmy się do siebie już tego dnia ani razu.
_________________________________________________
Uwaga... zaczynam się tłumaczyć.
Sprawa wygląda następująco... mój mózg pochłania wiele rzeczy. Powiecie "Znowu ta sama śpiewka". Co mam powiedzieć? Wiecznie coś jest nie tak, wiecznie.
Pierwsza sprawa: Praca. Musiałam ją w wakacje zmieniać. Poszłam jako kelnerka do restauracji. Niby wiedziałam, że będzie ciężko u nich z wypłatą, ale że aż tak? Miałam dostać ją 10 września, dostałam teraz w piątek. Po tym, jak się wściekłam i poszłam na policję. Przez dwa tygodnie tak mnie to pochłaniało, że aż życie ulatywało.
Druga sprawa: nie chcecie widzieć mojego mobidziennika. Zakładek zadania i sprawdziany. Wytłumaczenie "Bo jak przyjdzie zdalne..." w dupie mam wasze zdalne. Ludzie, 4 miesiące to 4 oceny uzbieracie, nie? W zeszłą niedzielę ciupałam graniastosłupy na kartkówkę z matmy. Jak będzie pała to jestem w carnej dupie, kochani. Dziś to samo - ekonomia, gospodarka, angielski i geografia. Wiecznie tylko nauka i nauka.
Trzecia sprawa: Studniówka. Czy wiecie jak to jest być w technikum, gdzie na waszym roczniku jest 5 kierunków i siedem klas, bo dwa kierunki rozbili na dwie? Nie? Dupiato.  Nie pozdrawiam logistyków i informatyków, którzy zrobili po swojemu i trzasnęli sobie sami studniówkę. Uwaga - nie przez pandemię. Bo są debilami, półmetek tak samo rozciepali w zeszłym roku. Miałam nie iść na studniówkę, ale osoba, która chciała się tym zajmować nie ogarnia ludzi z dwóch, które zostały. Więc na scenę wchodzę ja - Caryca ponownie na tronie, ogarniam z inną przewodniczącą wszystko i jest cacy. No i idę na studniówkę, bo nie jestem aż tak altruistyczna, szanujmy się. Iiii... żeby było zabawniej - pytałam informatyków czy na pewno robią z logistykami na 4 klasy "Tak". Zgadnijcie kto w tym tygodniu pytał nas czy się dołączamy, a my odmówiliśmy i robią trzecią studniówkę? Ta, dwie klasy inf. BRAWO XDD
Ciekawe dwa tygodnie, módlmy się aby było lepiej.
Pozdrawiam

NMBZW!