poniedziałek, 22 czerwca 2020

Rozdział 31

      Pamiętacie, jak powiedziałam, że kiedyś opowiem o miłości wśród Jedi? To teraz nadszedł ten moment.
      Sprawa wygląda tak, że dwadzieścia osiem lat temu przez inwazję na Naboo z decyzji Gunray'a, poznali się moi rodzice. Mój tata się zakochał w mojej mamie i po inwazji nie widział jej dziesięć lat. Po tej dekadzie Federacja znowu zaczęła psioczyć, urządzali zamachy, ale się nie udało. Rada Jedi mówi "Anakin, zajmij się nią" no i się zajął aż za dobrze. Zakochał się jeszcze bardziej, ona w nim, a trzy lata później pojawiłam się ja i Luke.
     Winę można zrzucić na Radę, bo wysłała Anakina jako ochroniarza i przyjęła go do Zakonu. Winę można zrzucić na Obi-Wana, bo groził. Groził, bo Jinn wymusił na nim obietnicę; a wymusił bo umarł. A umarł, bo inwazja. A inwazja, bo Federacja Handlowa - a Federacja bo Palpatine.
     Wracamy do punktu wyjścia!
     Pomijając fakt, że ten intrygant namieszał nam w równowadze Mocy, owinął senaty Republiki i Separatystów wokół palca, to jeszcze narobił syfu w kodeksie Jedi!
    No i znowu wracamy do początku: Rada stwierdziła, że Anakin jest za duży - zbyt bardzo przywiązany do matki, podatny na emocje, co potem sprawdziło się podczas treningu. Tyle w nim złości, że jako Wybraniec mógłby nawet całą Świątynie zrównać z ziemią i powybijać wszystkich Jedi w pień.
     Ale tak się nie stało!
    Zamiast ulec pokusom Palpatine'a, to go aresztował i potem zabił. Przywrócił równowagę. Ale pomiędzy aresztowaniem a śmiercią naszego antagonisty, Anakin po prostu odszedł dla nas. Po paru dniach okazuje się, że Zakon go potrzebuje i może dalej być Jedi jeśli chce i mieć rodzinę. Wszyscy szok i niedowierzanie, bo wiecie - u Cereanina Ki-Adi-Mundiego to normalne, że miał pełno żon i córek, bo jest za duży przyrost kobiet tej rasy. No, ale on?! Anakin sam nie czuł się wybrańcem, więc uważał, że to niesprawiedliwe, że ma być ponad wszystkimi. Rada zadecydowała, że dobra, celibat zniesiemy, ale starać się żyć bez miłości.
     I tak faktycznie jest. Nikt na siłę się nie zakochuje, jak nas trafi grom z jasnego nieba, to potem kombinujemy, żeby żyć w spokoju i harmonii. Rada stworzyła testy dotyczące głównie poświęcenia i sprawdzania, jak faktycznie reagujemy na krzywdę poszczególnych osób.
     Co jakiś czas jestem wysyłana z Luke'em do symulatorów, żeby przetestować nasze umiejętności, ale również więzy. Niejeden raz wtaczali nas na najwyższy poziom, co by jednego z nas trafiło a drugi musiał na to patrzeć. Najpierw był szok, potem świadomość "Ej, to nie jest naprawdę!". Ale zanim ta myśl nadchodziła, czułam jak moje serce rozpada się na milion kawałków, bo tak się wczułam w symulację, że niełatwo przypomnieć sobie o tym, iż to fikcja.
     Pomimo bólu walczyłam dalej, bo Luke by tak chciał - wypełniłby zadanie i żyłby dalej dla innych i ich chronił. Bo taka jest nasza rola, bo rodzice też by tego chcieli: abyśmy wypełniali swoje obowiązki jak najlepiej. Pamięć by została, ale nie pozwolilibyśmy jej nami zawładnąć. Bo taki ma być Jedi.
      Rodzice byliby dumni.
     A raczej są, bo gdyby tak nie było to nie usłyszałabym teraz głosu ojca, który istnieje wyblakły w mej pamięci! I co to znaczy "Nadchodzą"?! Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Chcesz bym zeszła na zawał czy jak?
     - Tata! - krzyknął Luke.
     I tyle byłoby z naszego szukania. Nie pomagasz, tato.
    Mój brat otworzył szeroko oczy, a źrenice mu się znacznie powiększyły. Ja raczej starałam się zachować spokój, ale zamiast szoku, zapewne na mojej twarzy malowała się konsternacja.
      - Niespodzianka - zakpiłam. - Straciłam przez niego łączę.
     - To był on? - dopytywał się Luke. Raczej samego siebie pytał. Albo ziemi, którą świdrował wzrokiem, jakby miał tam znaleźć odpowiedzi.
      - O co chodzi? O... Anniego? - spytał niepewnie Kitster.
      - To dziwne, ale... słyszeliśmy go - wyjaśniłam. - Nieważne. My szukać na wschód.
      - Tylko gdzie? O to jest pytanie - stwierdził.
      - Przekopmy całą pustynię najlepiej - zaproponowałam.
      - No pewnie! - pochwycił moją ironię brat.
      Nasze komunikatory zaświergotały.
      Obi-Wan.
     - Gdzie jesteście? - wypalił bez ogródek.
     - To nie czas na nasz kontakt - zauważyłam. - Chyba. - Straciłam rachubę czasu.
     - Wiem - odparł Kenobi. A jednak jestem dobrym chronometrem. - Musiałem sprawdzić.
     - Brzmisz jakbyś odspanął po bieganinie - wywnioskował Luke. - Macie kłopoty?
     - Nie... myślałem, że wy macie - przyznał Mistrz.
     - Nic z tych rze...
     - Też go słyszałeś? - domyśliłam się.
      Nastąpiła chwila ciszy.
      - Tak. Też. Cokolwiek ma to znaczyć. Myślę... - Przerwało.
      - Obi-Wan! - przeraził się Luke.
      - Musimy czekać na kolejny kontakt - przypomniałam. - Szukajmy, bo możemy nie mieć więcej czasu, jeżeli tata wysłał nam ostrzeżenie. Kitster - zwróciłam się do dawnego przyjaciela ojca. Wydawał się zagubiony. - Czy gdzieś na wschodzie jest coś co... gdzie można coś ukryć. Obiecuję, że wyjaśnię ci po drodze co będziesz chciał.
      Kitster zamrugał.
     - Tak... jasne. Na wschód... na wschdz... - zaczął gderać. - Chyba... - podjął po dłuższej chwili takim tonem, jakby coś znalazł. - To głupie, ale... ale... mówiliście, że to jest dobrze ukryte.
     - No tak - zgodził się Skywalker.
     - Możliwe, że chyba wiem, gdzie to może być.
_______________________________________________
W piątek zakończenie roku, ja roboty dalej nie mam i chęci też.
Moi drodzy, wesołych wakacji i widzimy się 23 sierpnia!

NMBZW!

niedziela, 14 czerwca 2020

Rozdział 30

      "Poszczęści" - ha! Dobre. Jedyne szczęście w jakie wierzymy, to emocja oznaczająca, że jest się szczęśliwym, w sensie radosnym, a nie, że mieliśmy nie wiadomo jak cudowny przypadek. Wierzymy w Moc, bo jesteśmy Jedi. Żyjemy zgodnie z naturą, słuchamy jej, aby mieć wzgląd na wszystko co tylko się da, na przykład jak togrutanie. Ich związek z otaczającą fauną i florą sprawia, że wsłuchują się w żywą Moc, dlatego tak wielu osobników tej rasy jest na nią wrażliwa. Nie trzeba wiele, aby oddać się w jej ramiona - wystarczy wiara i dowodem na to jest moja mama.
      Padme Amidala łączyła w sobie wiele oblicz jednej kobiety: księżniczki, królowej, czasem służki, senator, żony i dla mnie najważniejszej - matki. Mimo różnych masek i zachowań do danych sytuacji, zawsze eksponowała swoje najważniejsze cechy charakteru: empatia, miłość, spokój, zrozumienie oraz wiarę w to, co ma sprzyjać wszystkiemu co lepsze. Nie była Jedi, ale dzięki zaufaniu i chęci poznawania ich ideologii miała czyste pojęcie na niejeden temat. Pozwalało jej to w pomocy innym. Nie odczuwała Mocy często, chyba że ojciec wysyłał jej jakieś sygnały, jakby "zaczepki", które mogła wyczuć w duszy, sercu. Ale nawet to zostało poprzedzone jej wiarą w to, że Moc istnieje i jest w nas wszystkich.
     Gdyby Kitster mógł wiedzieć... gdyby Republika i Jedi miały większe wpływy tu i na innych zapomnianych, zacofanych lub niebezpiecznych planetach. Problem w tym, że tylko osoby wrażliwe na Moc są w stanie zrozumieć ich istotę oraz oddziaływanie na wszystko i wszystkich. Jak mamy utrzymywać ten spokój, skoro zanika właśnie przez to?
      - Nigdy tu nic nie znajdziemy, skoro nawet Moc nam nie powie gdzie? Skupiam się tyle czasu... - poskarżył się w końcu Luke.
      Kitster spojrzał na mojego brata sceptycznie, ale nie odezwał się.
      - Moc tu raczej nie pomoże - stwierdziłam smutno.
      - Przecież dzięki niej można wszystko - powiedział Kitster.
      - No właśnie nie - odparłam.
     Tu jest ten problem. Gdyby wszyscy mogli dowiedzieć się o najważniejszych aspektach Mocy, to nie pletliby takich bzdur.
      - Sądziłem... - zaczął Kitster, ale Luke szybko mu przerwał.
      - Ta... jak każdy.
    - To na nic. To jak szukać odpowiedniego ziarna piasku, a jest tu ich pełno - fuknęłam rozdrażniona. - Jedyne, co pożyteczne da się wywieźć z tej planety, już zostało wywiezione. Naszego ojca.
      - I jego też mieli Huttowie - odparł Luke.
     - Anakin był utalentowanym dzieckiem, więc na pewno był również utalentowanym Jedi. Nie wiem, jaki się stał, ale jako dziecko nigdy nie wątpił w siebie i wierzył, że mu się uda. I udawało. - To zdecydowanie brzmiało jak rada z ust Kitstera.
    - Niewiele się zmieniło - przyznałam siadając na starym silniku. - Jego była padawanka jest moją mentorką. Nigdy nie pozwalał jej wątpić w swoje umiejętności, między innymi dlatego, że to, co sobą reprezentowała, to wynik jego nauki. Każdy padawan jest wizytówką swojego mistrza, to co umie uczeń, umie jego mistrz. Ahsoka nigdy nie wątpiła w to, czy jej się uda. Teraz tym bardziej, jakby bała się, że go zawiedzie. - Zauważyłam, że zaczęłam snuć na głos.
     - Oni widzą? - zaciekawił się Kitster.
    - Umarli? Każdy pozostawia swoją aurę w Mocy. Jak zapach. Nasze indywidualne echo. Nigdy nikt nie dowiedział się co jest potem, ale na pewno w jakimś stopniu nasza aura jest zawieszona w Mocy. Coś jak wewnętrzne oko, które patrzy, ale się nie pojawia. To dość skomplikowany proces. Ale na pewno czuwają nad nami - odparł Luke.
     Problem w tym, że niełatwo jest wierzyć w swoje umiejętności w takich sytuacjach. Wrażliwość na Moc jest nie jest naszą główną... bronią? Cechą? Jest naszym sprzymierzeńcem, który wspomaga nasze najmocniejsze strony, jak na przykład: siła, spryt, mądrość. Ale trzeba jej słuchać.
     Tylko jak, kiedy czujemy się zagubieni i nie potrafimy wykorzystać naszych zdolności, bo nie mamy pojęcia jaka akurat się przyda najbardziej?
     - Wyczuwasz coś? - zagadnęłam Luke'a.
     - Jakby było blisko. Tuż pod nosem, ale niewidoczne - stwierdził brat.
     Coś co zdecydowanie sprawiało, że nade mną górował - opieka Obi-Wana. To nie tak, że Kenobi mnie zostawił. Jako dziecko czułam jego największą opiekę, ale z czasem zaczął bardziej skupiać się na Luke'u. To normalne, to w końcu on został jego padawanem, nie ja. Mimo tego, wiem, że nie jestem wujkowi obojętna. Poza tym, nauki Obi-Wana są ze mną przez "łańcuch". Może nie wszystkie i metody się różnią, ale są.
     Teraz Ahsoka sama się go słucha, chociaż podczas wojen klonów nie udzielał jej większych rad, ponieważ to Anakin był jej mistrzem. Zresztą, mój tata często rozmawiał i trzymał się swojego dawnego mentora, Ahsoka też by pewnie tak zrobiła, lecz jej mistrz już nie żył. Plo Koon, który ją sprowadził również.
     Lecz Obi-Wan nas nigdy nie zostawi.
    W każdym razie, Obi-Wan skupiał się na zachowaniu spokoju, medytacji. Nie był impulsywny - jak każdy przykładny Jedi.
     - Ale, że tu? - dopytałam.
     - Nie jestem pewny, wysondujmy Mocą. Skup się - polecił.
     - Próbowaliśmy. Wiem, że nie mogę się poddawać...
     - Razem nie próbowaliśmy. Może to pomoże? - zaproponował.
     - Jakby będziecie silniejsi? - domyślił się Kitster.
     - Coś w ten deseń - odparłam. - Dobra.
    Uniosłam ramię przed siebie. Nadgarstek wykręciłam na zewnątrz by utworzyć, na ile jest możliwy, kąt prosty. Palce trzymałam lekko rozszerzone i lekko ugięte.
    Zamknęłam oczy, aby łatwiej było mi oczyścić umysł, a skoro miałam możliwość dokładnego skupienia, to korzystam z niej ile mogę. Pomimo naszej czujności i ciągłej zgody na to by Moc przez nas przepływała, są konieczne większe skupienia, by naprawdę się z nią połączyć, porozmawiać i uzyskać odpowiedź.
    Pozwoliłam by wszystko zostało zagłuszone: lekki wiatr, strzęki blach i urządzeń, nieznane gatunki zwierząt oraz owadów ukrywających się się pod stosami. Moc zaczęła przepływać po całym moim ciele, w umyśle powstał nowy świat nieznany większości. Mogłam tam odkryć wszystkie tajemnice.
    Pozwoliłam by Moc kierowała moją kończyną jak magnes, który pozwoli znaleźć to, czego szukam. Przesuwała się w prawo i w lewo aby dać mi wskazówkę.
    - Nadchodzą.
______________________________________
Szkoła się skończyła, ale zgadnijcie kogo oszukali co do pracy na wakacje! Tak, mnie. Kolejny trudny czas pełen nerwów przede mną.
Chcę tylko powiedzieć, że to przedostatni post w tym roku szkolnym. Potem wrócę po wakacjach :) Zapraszam na pierwszego bloga NA POST.

NMBZW!

niedziela, 7 czerwca 2020

Rozdział 29

      Zazdrość nie jest drogą Jedi. Mogłabym sobie nakazać, aby się nawet nie przyznawać do niej przed samą sobą, ale to istne kłamstwo.
      Zazdrość jest dobra. Motywuje, wyznacza odpowiednią ścieżkę, uczy, sprowadza do pionu. Ale istnieje zazdrość, która sprowadza do ciemności. Jeżeli nie znajdzie się harmonii pomiędzy tymi dwoma, można stać się kimś zupełnie innym.
     Należy cały czas nad sobą pracować i nie pozwalać na zepchnięcie w przepaść i odrzucania pomocy. Należy się przyznawać do uczuć, które nami kierują. Być ze sobą szczerym i znaleźć odpowiednią ścieżkę do osiągnięcie spokoju póki nie jest za późno. Kierować się obiektywnością.
      Czemu nie potrafię tego zrobić?
     Zżera mnie zazdrość z powodu Kitstera i mojego taty. Mieli siebie nawzajem - prawdziwa przyjaźń chłopców, którzy nie mieli nic. Dzieci, które nie patrzyły na swoje umiejętności i talenty. Po prostu byli dla siebie. W porównaniu z innymi, Jedi to obłuda. To my powinniśmy być przykładem dla innych, a nie robić to, o co nas nikt nie podejrzewa.
     Ja też nie miałam przyjaciół. Prawdziwych, z przypadku. Ahsoka i Obi-Wan są od zawsze, złączeni z nami obowiązkiem, poczuciem zajęcia się nami. Prócz nich nie mam nikogo. Dlatego zazdrość przeszyła moje serce w momencie, gdy zauważyłam smutek oczu Kitstera kiedy dowiedział się, że jego dawny towarzysz nie zechciał go odwiedzić.
     Ale wiem, że mam jakiekolwiek przyjaciela. Nieważne, że los mi go zesłał już z początku. Są ze mną na dobre i na złe i tak już zostanie, aż do śmierci któregoś z nas.

     - Ahsoka, jak to jest? Każdy mówi o tacie, że był dobrym strategiem, wygrywał bitwy, ale jako osobę... czemu twierdzą, że nie miał szacunku? Był nadpobudliwy, narwany? To negatywne określenia, czyż nie?
     Skoro miałam już jedenaście lat, to rozumiałam wystarczająco wiele słów, sytuacji i emocji, ale niekoniecznie ich sens. Ahsoka, jako moja mistrzyni i źródło informacji o moich rodzicach, powinna mi wytłumaczyć. Chociaż nie musi. Bycie mistrzem to wybieranie odpowiednich momentów na naukę danego aspektu.
     - Wiele można mu zarzucić - westchnęła Ahsoka w końcu Chwilę świdrowała mnie wzrokiem, ale nie wpędzała mnie w zakłopotanie. Bardziej jakby próbowała mnie odczytać i  gdzieś w swoim umyśle szukała odpowiedniego regału z odpowiedziami na dany temat w danym wieku, w którym mogłabym go podjąć.
     - Nawet to, że niepotrzebnie zostałaś jego padawanką i nie był dobrym mentorem? Słyszę co mówi się na korytarzach, jak przechodzę. "Córka Anakina Skywalkera, uczennica jego padawanki. A słyszałaś, jaki..." - zacytowałam. - I różne historie. Że tobą szczuł, że wojna cię zepsuła, jesteś zachwia... emo...
     - Zachwiana emocjonalnie - dopełniła Tano.
     - Ten zamach... - podjęłam.
     Togrutanka dłonią nakazała bym skończyła. Podniosła się z mojego łóżka i wspięła się na parapet. Mocą rozsunęła rolety i popatrzyła w na Coruscant. Często tak zawieszała swój wzrok - jakby próbowała nadrobić te wszystkie dni, które spędziła na froncie. Jakby patrzenie na swój dom dawało jej multum odpowiedzi i rozwiązań, których nie znajdzie w innym miejscu w galaktyce. Na planetach przesiąkniętych krwią, bólem i wszystkimi złymi skutkami działań zbrojnych.
    - Można mu wiele zarzucić - powtórzyła. - Ale jedną z tych rzeczy, których nikt nie powinien kwestionować, to jego podejście do nauczania. Nikt, nawet Obi-Wan czy ja, nie zna całej jego historii; co przeżył, jak to odczuł, jak to wpłynęło na jego życie. Anakin nie miał zbyt wiele przyjaciół z wiadomych względów, ale nawet gdyby to wyglądało inaczej, to wątpię, czy miałby tu jakichkolwiek. Był nieufny. Dlatego nie od razu dostałam tytuł komandora. Najpierw pyskowałam, potem pyskowałam i łamałam rozkazy, następnie pyskowałam i wykonywałam rozkazy również je łamiąc, ale dopiero na końcu mogłam w pełni je wydawać. Musiałam dowieść, że jestem godna. Poznaliśmy się jak miałam czternaście lat. Nie pokazałam się od dobrej strony, bo w ogóle się nie zastanowiłam co może być nie tak z Wybrańcem. Jak każdy zresztą. Nikt nie pomyślał by się postawić na jego miejscu: dziewiętnastolatka, który cztery tygodonie po pasowaniu na rycerza dostał na zadanie wychowanie rozwydrzonej czternastolatki. Na froncie, nie na zwykłych salach treningowych. A jednak podołał. Nauczył mnie wielu rzeczy, które zapewniły mi przeżycie w potrzaskach, które na mnie czyhały lub sama na siebie sprowadzałam. Ratował mnie za każdym razem, opiekował się mną... to cechy dobrego przyjaciela, mistrza. Ale czy kogokolwiek to obchodzi?


     Przede mną rozpościerały się różnorakie stosy. Od części, przez rozczłonkowane droidy, po wraki środków transportu.
     - No, gdzie i co możemy znaleźć? - zastanowiłam się na głos.
    - Nie jest trudno, jeśli się wie, czego się szuka. Jeszcze lepsze są przypadki - odparł Kitster. Po jego głosie stwierdziłam, że odzyskał swój entuzjazm. W Mocy wyczuwałam, że tli się w nim jeszcze ziarno żalu, które w następnych dniach lub latach będzie się rozrastało i męczyło. To przykre, że ani ja, ani Luke nie może nic na to poradzić.
    - Problem w tym, że nie do końca wiemy czego szukać - stwierdził niepewnie mój brat. Jednocześnie obdarzał mnie nerwowym spojrzeniem.
     - Jak to? - zdziwił się rozbawiony przewodnik. Nie dziwię mu się, sama bym nas wyśmiała na jego miejscu. Jesteśmy jak banda nastolatków szwendających się bez celu po galaktyce. Nie wyglądamy i nie zachowujemy się jak Jedi. Chyba przynosimy tym wstyd Zakonowi.
    - To skomplikowane - odparłam tonem, który dobitnie powstrzymał nadciągające pytania. - Do dzieła, Luke. Rozejrzyjmy się dokładnie.
    Ponoć na jednym z takich wysypisk nasz ojciec znalazł 3PO i sam go zreperował. Może i my zdołamy coś odnaleźć. Moc musi nam pomoc, nie istnieje coś takiego jak przypadek, o którym wspomniał mężczyzna. Co musi się stać - stanie się. Wszystko ma swój porządek, jest to czysta harmonia.
     - Jeżeli tu wam się nie poszczęści, jest jeszcze jedno wysypisko - uprzedził Kitster.
    Rzuciłam blachę na bok i dalej grzebałam w stosie. Nie miałam pojęcia co jest nam dokładnie potrzebne, jak wygląda, jakiej jest wielkości. Ale cały czas się skupiałam i Moc mi podpowiadała, że jestem w dobrym miejscu w jakimkolwiek sensie. Może chodzi o poznanie części historii naszych rodziców niekoniecznie o broń? Moc nie przedstawia takich rzeczy jasno i przejrzyście. To irytujące, ale wiem, że przydatne. Musimy się postarać i odnaleźć wszystkie dobre wyjścia, ale przede wszystkim siebie - abyśmy mogli być w odpowiednim miejscu i odkrywać kolejne alternatywny zgodne z naszymi ideami oraz nieść pomoc innym.
_____________________________________
PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM!
Kompletnie zapomniałam opublikować. Chciałam to zostawić na poniedziałek i zapomniałam opublikować, bo po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam tak wspaniały dzień. Chociaż prawie się popłakałam, kiedy dostałam pytanie "Nie wstawiłaś?" to wybaczyłam sobie. Jest jeszcze gorszy zapierdziel niż był, zwłaszcza w angielskim. Wybaczcie mi tak, jak ja wybaczyłam sobie.

NMBZW!

poniedziałek, 25 maja 2020

Rozdział 28

      Umówiliśmy się z Kitsterem, że przybędziemy pod jego dom. Nie żebym wybrzydzała lub kogoś obrażała, ale dziwnie mi mówić słowo "dom" na te piaskowe dziury. Tyle się nasłuchałam o dzielnicach niewolników, że nie potrafię sobie wyobrazić jak mój tata przeżył tu tyle czasu - w obskurnych warunkach, między nie do końca stabilnymi, piaskowymi ścianami. W małej przestrzeni, która kompletne nie odzwierciedlała jego marzeń, pragnień i celów czekających na niego w galaktyce.
      Obi-Wan skontaktował się z Luke'em w nocy by sprawdzić czy na pewno wszystko z nami w porządku. Potem zadzwonił tuż po naszym śniadaniu. Nadal Luke nie zdradził mu swoich prawdziwych planów, więc Kenobi jest przekonany, że przeszukujemy pustynie i ich wydmy.
      Z jednej strony wcale nie oszukiwaliśmy. Ta planeta jest pustynna, wydmy są na wyciągnięcie ręki i te miejsca ojca są pewnie za jedną z nich. Nikt nie powie, że szukamy po cudzych domach, bo nie uwierzę. Poza tym, nadal się dziwię w co się wpakowaliśmy z moim bratem. Ufamy człowiekowi na podstawie zaufania ojca - zaufania z czasów, kiedy jeszcze je miał do wielu, bo z góry go naznaczono.
      Ahsoka przybyła do świątyni niecałe dwa lata przed naszym ojcem. Pewnego dnia, kiedy miała cztery lata i rozumiała już wiele spraw,  usłyszała słowo "Wybraniec" oraz że został sprowadzony. Poczuła dziwne zawirowanie w Mocy, nie tylko ona. A parę godzin później zniknęło i wszystko co dotyczyło wybrańca było owiane odpowiedzią "nie wiem". Aż znowu zrobiło się o nim głośno. Pojawił się Sith, zabił Qui-Gona po czym sam zginął z ręki padawana swej ofiary, a padawan postawił się Radzie i zaczął szkolić Wybrańca - Anakina Skywalkera.
     Od tamtej pory Ahsoka była jedną z tych padawanów, którzy mówili o chłopaku z fascynacją, mijali go szerokim łukiem na korytarzu, kulili się na jego widok twierdząc, że jest dla nich zagrożeniem - bo niebezpiecznie jego wysoki poziom umiejętności wpędzał innych w kompleksy, sprawiał, że czuli się słabi, a to prowadziło do zazdrości... i tak dalej według kodeksu.
      Czemu mówię o Ahsoce?
     Bo gdyby nie ona, nie wiedziałabym tego, że powielamy przeszłość naszego ojca... bo jesteśmy jego dziećmi. A wszystko się sprowadza do Qui-Gona - gdyby nie narobił takiego szumu, nie byłoby aż tak źle. Jasne, wytykaliby nas palcami "To dzieci tego, co zabił Palpatine'a" albo "Dzieci tego, co się związał z senator z Naboo". Dobra, nie oszukujmy się, nasz ojciec nie robił za niewinnego człowieka, ale nigdy się tym na serio nie chełpił.
      Za swoje błędy ponosił odpowiedzialność, uznawał swoje ŚWIADOME dokonania. Nigdy nie wierzył w tę gadkę o Wybrańcu, nigdy nie czuł się dobrze gdy Palpatine go przechwalał i faworyzował. Strzelam, że potem, przez pięć lat po śmierci kanclerza, zbierało się ojcu na wymioty, gdy przypominał sobie to wszystko. Ten przebrzydły intrygant robił to po to, aby wzbudzić w Anakinie pychę, a między innymi przez pychę ściągnąć na ciemną stronę Mocy. Nie przewidział jednego - że tata jest silny, a z inteligencją zdziałał nią wiele dobrego i nie ulegnie tak łatwo. Tak więc czyny Sitha można wręcz uznać za obraźliwe, skoro sądził, że tak szybko zyska nowego ucznia.
      - Leia! - Przed oczami pojawiły mi się dwa, pstrykające palce.
      - Słucham cię - odparłam odruchowo.
      - Nic nie mówiłem - oświadczył Luke. Spojrzał na mnie kątem oka. Zdecydowanie ze mnie kpił.
      - Jesteś okropny - powiedziałam mu.
      - Jesteśmy na miejscu - poinformował po chwili.
     Zostawiliśmy śmigacz tam, gdzie poprzedniego dnia i powędrowaliśmy w stronę miejsca, gdzie wczoraj stał Kitster. Już na nas czeka.
     - Mam nadzieję, że wzięliście ze sobą zapas wody. Czeka nas długa wycieczka - przywitał nas mężczyzna.
      - W sumie, to możemy polecieć - stwierdził Luke.
      Kitster popatrzył na nas sceptycznie.
      - Nie możemy -  powiedział i ruszył przed siebie.
    Podążyliśmy za nim. Szliśmy równi sobie, ale nasze zachowanie definitywnie mówiło, że to Kitster przewodzi.
      - Na pustyni nie powinniśmy zostawiać niczego, co mechaniczne. Jawowie szybko to zagarną. Są tchórzliwe, ale bardzo sprytne - wytłumaczył od razu Kitster.
      - Jawowie? - upewniłam się.
     Kitster wskazał na małą, zakapturzoną istotę. Nie liczyła sobie więcej niż metr wzrostu, była bardzo roztrzepana, co udowadniały nerwowe gesty rękoma i do tego wykrzykiwała coś w nieznanym dla mnie języku.
      - Nie zamierzam ich lekceważyć - postanowił Luke.
     - Oni to jeszcze nic strasznego, mogą cię co najwyżej okraść. Gorsi są Tuskeni. Dzicy, wręcz mordercy. Z nimi lepiej się nie spotykać. Chyba że macie za pupila smoka Krayt - doradził nasz kompan.
      - Myślę, że miecze świetlne mogą go zastąpić - opowiedział mój brat.
     - Nigdy nie widziałem Jedi w akcji. Ale raczej byście go nie zabili. To już nie chodzi o wasz kodeks, ale wasz ojciec... on nigdy by nikogo nie skrzywdził. Szkoda, że nigdy nie wrócił na Tatooine - pożalił się mężczyzna.
     Popatrzyliśmy na siebie z bratem i w jednej chwili oboje zdecydowaliśmy, że powiemy mu prawdę. A raczej to ja mam mu powiedzieć. Dzięki, Luke.
      - Właściwie to wrócił - odezwałam się w końcu.
      Nie wiem czy to moja wiadomość go tak zszokowała, że przystanął, czy dzisiejszy upał.
      Aha, no tak, upał tutaj to nic nadzwyczajnego.
      To pewnie ja. Świetnie, zaczynamy zabawę.
      - O czym ty mówisz? - zdziwił się. Powoli odwrócił się do nas twarzą.
     - Noo... mama tak mówiła. Tuż przed wojnami klonów, byli tutaj oboje. Tata dowiedział się, że nasza... babcia jest w niebezpieczeństwie. - To dziwnie mówić o swojej babci. Jestem Jedi. Moja rodzina albo nie żyje, albo nie chce mnie znać. - Porwali ją właśnie Tuskeni. Umarła w ramionach Anakina, a potem musieli z Padme wyruszyć na Geonosis. - Tak, wiem. Mówienie o więzi rodzinnej, jak babcia, jest w stu procentach normalna, a dla mnie normalniejsze nazywanie rodziców po imieniu, kiedy o nich wspominam.
      Kitster milczał
      - Musisz mu wybaczyć. Nie powinniśmy go usprawiedliwiać, bo nie wiemy co czuł, ale wszystko się działo tak szybko, że nie miał czasu pomyśleć o was. Co nie znaczy, że o was zapomniał. Ale mamy swoje priorytety, przez dużą część życia miał tylko matkę - ciągnęłam.
      - Nie chodzi o to. Dość ciężko mi to wyjaśnić. Chodźmy - nakazał i Kitster.
      Obrócił się i poszedł przed siebie.
_____________________________________
Składam reklamację na brak chęci.

NMBZW!

poniedziałek, 18 maja 2020

Rozdział 27

     Okłamał go.
     Okłamał Obi-Wana.
     A ja mu na to pozwoliłam.
     Super.
    Ja to jeszcze pół biedy... kogo ja oszukuję? Przecież wszystko sprowadza się do mojego ojca. Wielokrotnie naginał zasady, okłamywał Obi-Wana na przeróżne sposoby, zawodził. Potem Ahsoka zawodziła jego, ale nie tak bardzo jak on Kenobiego, który miał nadzieję, że wyrośnie z nas coś więcej niż z Anakina. Nie żeby wątpił w swojego dawnego ucznia, zwłaszcza po wydarzeniach na Endor za które czuje się winny, no, ale wierzył, że będziemy porządniejsi, bardziej szczerzy, spokojni.
     A mój kochany brat kłamie! I śmiało można powiedzieć, że w żywe oczy, bo fakt, że zrobił to przez komlink nie uchroni go, kiedy rozmawia z Jedi - ze swoim mistrzem. Co za brak szacunku! Jak zadanie zakończy się fiaskiem, to Han Solo będzie miał niezły ubaw z małolatów. Po co ja się w ogóle przejmuje zdaniem tego łajdaka? Przecież w galaktyce jest tylko szarą jednostką, która biernie przygląda się poczynaniom wojny i tylko szuka zysku. Wielki z niego bohater! Dostanie kredyty za to, że wykonał małe zadanko, cóż za honorowość! Aż nie nie mogę się nadziwić! Tylko po rękach go całować.
      Nawet ja nie jestem honorowa, a co dopiero on. Nie ma w sobie grama poczciwej istoty.
     - Będziemy mieć problemy, Luke - zawyrokowałam znad miski potrawki. Już dawno zapadł zmierzch, od dwóch godzin byliśmy w naszym domku w Mos Eisley. Zaraz po przybyciu kontaktował się z nami wujek i to by było na tyle. Kiedy usłyszałam łgarstwo mojego brata, nawet nie zamierzałam komentować. Poszłam do kuchni i tam zajęłam się wymyślaniem posiłku. Milczeliśmy oboje aż do tej pory.
    - Tak, wiem. Ale Obi-Wan nadal nic nie wyciągnął od Jabby, Ahsoka może być w niebezpieczeństwie, huttowie to podłe kreatury. Nie może skończyć jak tata - odparł defensywnie brat.
     Miał racje.
    Problem w tym, że ta wojna nie miała dwóch stron jak zwykle. Miała trzy - Jedi, Zygerria i Huttowie wraz z innymi handlarzami niewolników. Obi-Wan, nawet jako jeden z najlepszych negocjatorów w Zakonie, nie zdobędzie szybko informacji. Jabba traktuje zdobycz jako cenne trofeum. Dla niego liczy się po prostu wygrana, pokazanie, że jest lepszym, a nam na zniesieniu tego okropnego, niewolniczego imperium. Huttowie przynajmniej nie szerzą swoich ideologii na tak ogromną skalę, nie oszukujmy się - ich też trzeba by było sprowadzić do pionu i nauczyć szacunku do czyjegoś życia.
      - Tylko gdzie Kitster nas zaprowadzi? - zamyśliłam się na głos i wepchnęłam do ust kolejną łyżkę potrawki. Bardziej wyglądała na coś co można zjeść na śniadanie. Mleczna papka z dobrymi przyprawami. Naprawdę mi smakowała, czy Luke'owi też? Nie mam pojęcia. Nawet jeśli nie, to się nie skarżył.
      - Musimy zdobyć ten hologram. To naprawdę piękna pamiątka - postanowił Luke.
     - Tak, racja, to pamiątka. Dla nich, prócz pamięci, jedyna. My mamy ich trochę więcej, nie sądzisz? - zauważyłam.
      - Ale to... to dowód, że od zawsze był świetnym pilotem.
      - Są też inne dowody. Na przykład na Naboo, bitwa sprzed dwudziestu ośmiu lat. Są dokumenty. R2 na pewno ma to w swojej pamięci - stwierdziłam.
     - Ale nie ma hologramów. Poza tym, miał wtedy dziewięć lat, jest jedynym człowiekiem który wygrał te wyścigi. Powinniśmy mieć taką pamiątkę... chociaż. Tata nigdy się nie chwalił swoimi dokonaniami, nie lubił, jak Kanclerz go wyróżniał - przypomniał sobie mój brat.
    - Myślę, że oboje mamy rację - postanowiłam z uśmiechem.

    Zanim odezwał się budzik w komlinku, do lekkiego drzemania zmusiły mnie promienie słońca. Zdawały się być cieplejsze niż poprzedniego dnia. Wydaje mi się, że powinnam się do nich przyzwyczaić, a wtedy nie paliłyby tak bardzo. A jednak stało się na odwrót. No cóż, pora działać dalej i próbować nie zwracać na to większej uwagi. Nigdy nie byłam jakoś szczególnie opalona, moja karnacja była blada, ale myślę, że niedługo się to zmieni i czeka wszystkich niezły ubaw, jak przez następne pół roku będzie to ze mnie schodzić.
     Wstałam i przebrałam się. Za szczyt higieny traktowałam dostęp do wody na tutejszym świecie. Na pewno po powrocie na Coruscant porządnie się wymyję, ale na razie musiała mi wystarczyć mały prysznic, żeby choć trochę spłukać pot, którym wcześniej nasiąknęły moje ubrania przez co, mimo wszystko, nadal czułam się brudna.
     Weszłam do kuchni i sprawdziłam nasze zapasy.
     Marne.
     Znowu breja niegrzesząca smakiem, zwłaszcza, że nie potrafię gotować.
    Przygotowują nasze śniadanie zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądałoby życie mojego ojca i mojej matki, gdyby na rzecz naszych narodzin mogli zrezygnować ze swoich funkcji. Mama jakoś by sobie poradziła, miała jako tako dobre życie, potrafiłaby coś ugotować bez służby. Ale dawny Jedi?
     Mamy  do dyspozycji kapsułki żywieniowe, nie składniki na potrawy. Zjeść coś sycącego możemy jedynie w świątyni, a jeszcze lepsze posiłki na misjach dyplomatycznych. No i ja mogę w domu mojej mamy - wystarczy poprosić protokolata i wezwie tych co trzeba.
     - Chyba nic innego tutaj nie zjemy - zażartował Luke zasiadając do stołu.
     - Chcesz się zamienić? - odgryzłam się.
     - Jestem w tym gorszy niż ty - przypomniał. - Poza tym, mamy sporo kapsułek żywieniowych.
    - Tsaa... mały, miękki, bezsmakowy kawałek czegoś, co cię od razu zapcha. No i bomba kaloryczna dostarczająca wszystkich potrzebnych witamin i wartości odżywczych. Masz rację, od jutra jemy to trzy razy dziennie - zakpiłam.
    Mój brat się zaśmiał. Byłam mu wdzięczna. To ostatnie beztroskie chwile przed spotkaniem z Kitsterem.
_________________________________
Zgadnijcie kto ma multum sprawdzianów, a nie ma czasu na pisanie, weny i chęci do życia? To ja. No i praktyki jako projekt edukacyjny - niby w parach, ale robię sama.
Pozdrawiam jednego z moich dwóch dobrych kumpli z klasy - sąsiada z ławki, z którym po raz pierwszy, od kariery technikum, nie działam wspólnie, ale mi pomaga. Trzymać za naszą trójkę kciuki, a L. dedykuję rozdział (najwyżej go obrażę tym, że taki shit o mu podarowałam XD)

UPDATE: PARĘ SEKUND TEMU DOSTAŁAM PRACĘ
 
NMBZW!

poniedziałek, 11 maja 2020

Rozdział 26

     Jedi podobno nie miewają koszmarów.
     Ale mają wizje.
     Przyszłości czy przeszłości?
     Nigdy nie da się przewidzieć.
     Uderzają znienacka, nagle. Zadają ból w najgorszej postaci.
    Ból, który Jedi sam musi przezwyciężyć. Pokonać go, znaleźć drogę do światła, wykazać się sprytem, inteligencją, doświadczeniem, mądrością - aby wybrać jasną stronę Mocy.
     Nie zważać na przywiązanie.
     No właśnie.
     Nie wolno kochać bardziej niż to konieczne.
     Ale co jeśli znało się matkę?
    Płacz - schematyczny, dziecięcy oznaczający potrzeby fizjologiczne, bliskość; ten pełen przerażenia i niewinności czy żalu. Mama zawsze podchodziła i przytulała. Nieważne jaki ciężar na dziecku spoczywał, nieważne kim był ojciec. Dla mamy zawsze jest się skarbem, który ona chce uchronić. Nawet przed przeznaczeniem.
     I ściska twą dłoń swoją drżącą.
     Bo się boi.
     Boi się straty kolejnej bliskiej osoby.
     Mamo, nie ma cię, kiedy cię potrzebuję
***
    No dobra, w dawnych czasach mówiono, że Anakin Skywalker to szaleniec, nie człowiek. Chyba jedyną osobą, która widziała w nim naturalność to matka. Co nie było równoznaczne z tym, iż wszystko akceptowała. Starała się zrozumieć.
     Czy zrozumiałaby teraz nas i ten chory plan Luke'a?
    Chyba mamy to w genach, ale wątpię by ojciec chciał poświęcić swojego przyjaciela nawet dla wygrania wojny. To chore i niemoralne. Za to jeszcze trudniej będzie nam walczyć o światło bo to brak poszanowania dla cudzego życia. Które mamy bronić. No tak, o czym ja mówię skoro mamy wojnę, gdzie codziennie istoty giną lub są zniewalane? To wina Jedi, bo Zygerria chce odwetu. Nikt nie patrzy jak się staramy.
     A zamiast robić wszystko aby inni uwierzyli w nasze dobre intencje... to zachowujemy się tak jak zygerrianie. Powiedzenie, że "wroga pokonuje się jego własną" bronią nie zawsze powinno być brane pod uwagę.
     No, ale musiałam się zgodzić. No bo co innego? Nie miałam lepszego planu, a skoro Kitster się sam zaoferował? Nie no, rozumiem, że pewnie chce nam pomóc ze względu na swoją dawną przyjaźń, mają swoje długi, ale... ten człowiek ryzykuje swój żywot, no błagam. Nawet jako dzieci Anakina nie jesteśmy tego warci. Ojciec zawsze żył skromnie - nie tylko materialnie, ale sam z siebie się nie chwalił. Miał świadomość posiadanych talentów, lecz nigdy się nie wywyższał... będąc w neutralnej sytuacji. Bo jak na żarty lub ktoś mu zalazł za skórę, to nie szczędził - to oczywiste.
     W każdym razie, wątpię by rodzice byli z nas dumni, że w ogóle się zdecydowaliśmy zrealizować ten plan. Pewnie na nas patrzą i są załamani.
     Przepraszam.
    - Przyda nam się twoja pomoc - oświadczył Luke bez ogródek podchodząc do straganu. No to klamka zapadła.
   - Co mam robić? - zaoferował się podekscytowany Kitster. Człowieku, możesz zginąć i się cieszysz? Nawet nasz ojciec nie był tak szalony!
    - Gdzie uzyskamy informacje? Takie konkretne. Tylko nie kantyna, bo tam nam zetną głowę. Jesteśmy za młodzi, od razu nas zwęszą - wyjaśniłam znudzonym tonem. Upał mnie wykańczał. Tato, podziwiam cię za życie tutaj taki długi okres czasu, naprawdę. A twoich przyjaciół jeszcze bardziej. Dziwię się, że ich skóra jeszcze się nie zapaliła.
    - Znam pewien sklep. Dużo tam pilotów, którzy powiedzą to i owo. Co chcecie uzyskać, to to zdobędę - obiecał Kitster.
     - To trzeba zdobyć fortelem. Jeżeli zapytasz wprost, to możesz zginąć - ostrzegłam.
     - Chodzi o Zygerrię - wypalił mój brat.
     Luke...
    - Chodzi o ten nieszczęsny odwet, który utrudnia nam życie? Jeżeli to pomoże poprawić naszą sytuację, to mogę zrobić wszystko - przyrzekł z miną wyrażającą zmęczenie.
     - Jest tu schowana broń. Nie wiemy gdzie, ale jest. Huttowie ją zdobyli - wyjaśnił Luke.
    - Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale przyjaźń z waszym ojcem dała mi wiele przygód. Zawsze w najmniej oczekiwanym momencie. Moglibyśmy się zdać na szczęście...
     - Nie ma czegoś takiego - przerwaliśmy mu chórem, niczym roboty, bo to jedna z regułek, które każdy Jedi zna. Nie ma czegoś takiego jak los, szczęście, powodzenie. Jest Moc.
     - Niech wam będzie - zaśmiał się Kitster. - Ale największe skarby znajdowaliśmy w miejscach, gdzie nie powinny być. Moglibyśmy jutro poszukać.
     - Nie mamy tak wiele czasu - przyznałam.
     - Ale teraz nie zdążymy. Nie mogę odejść od tak od swojej pracy, a poza tym... ludzie pustyni. To straszne kreatury, na które lepiej się nie napotykać. Nawet jako Jedi. To bestie, w nocy najgroźniejsze. Wróćcie tu jutro, dobrze wam radzę.
     Umówiliśmy się na kolejny dzień i odeszliśmy do swojego śmigacza. Pozostało nam czekać na kontakt Obi-Wana. Nawet jeśli uda mu się szybciej wykonać zadanie, to i tak musimy wrócić. Dzięki mojemu kochanemu bliźniakowi, ten facet wie za dużo. Z jednej strony obawiałam się najgorszego, ale z drugiej przeczuwałam, że jest naturalnie szczery i można mu naprawdę zaufać. Nie zdradzi.
     No i nie zginie.
    Ulżyło mi, kiedy wymyślił alternatywy. Nie musimy go posyłać na śmierć, nie jest zagrożony bardziej. Jedyne co nad nim ciąży, to odwet zygerriański poprzez naszą znajomość. Lepsze to niż śmierć z ręki jakiś Trandoshan.
     No i lepsza to znajomość niż z Hanem Solo. Kitster, poprzez przyjaźń z naszym ojcem, nie miał problemu bo zdobyć nasz kredyt zaufania. Fakt, zachodzą w nas wszystkich zmiany, ale Moc mi podpowiada, że to jest to. Natomiast Solo... tu Moc też mi daje podobne sygnały, lecz to przemytnik. Bardzo arogancki. Kiedyś go ta cecha zgubi.
     Tak, jak ja zgubię samą siebie.
___________________________________
Znowu się spóźniłam. Urwanie główy

NMBZW!

poniedziałek, 4 maja 2020

Rozdział 25

    - 3PO! Nie wierzę! To naprawdę ty! - Mężczyzna wpatrywał się w droida zaskoczony i jednocześnie ucieszony. - Kiedy pani Shmi cię zabrała... nie wierzę.
      - 3PO, skąd znasz tego mężczyznę? - zdziwił się Luke podchodząc do naszego robota.
      - Kitster, daj spokój. Pomyliłeś go - stwierdziła sprzedawczyni.
      - Pan Kitster! - ucieszył się C-3PO.
      - Stop! 3PO, gadaj natychmiast co jest grane! - nakazałam robotowi podchodząc do niego.
     - Pani, to Kitster, dawny przyjaciel pana Anakina. Panie Kitster, oto Leia i Luke Skywalker, dzieci panicza Anakina - przedstawił nas protokolat. - Ten hologram, panie Luke, to wygrany wyścig pana ojca.
     - Anakin tu jest z wami? - zapytała kobieta. - Jestem Amee, razem z Kitster przyjaźniliśmy się z Anniem, zanim nie zabrał go ten przybysz, Qui-Gon i ta dziewczyna... Padme?
     - Nie, nie ma go. Razem z naszą matką, Padme, zginęli dziesięć lat temu w bitwie o Endor - wyznałam.
      Oboje posmutnieli.
      - Dla nas jest tu bohaterem - powiedział po krótkiej chwil Kitster wskazując na holowideo.
      - W całej galaktyce jest - poprawił Luke. - Dzięki wojnom klonów. Odnosił wielkie sukcesy, to on wygrał ostatnią bitwę kończąc konflikt naszym zwycięstwem.
      - Więc jak zginął? - zaciekawiła się Amee.
      - Trudno to wyjaśnić. To, co go uśmierciło, nie powinno go zabić. Był zbyt utalentowanym Jedi by na to pozwolić. A jednak stało się - odparłam. - Mogę zapłacić za zakupy? - upewniłam się.
      - Tak, pewnie - odparła otrząsając się.
      - Czego tu szukacie? - zapytał Kitster.
      - Mamy misje do wykonania. Pozyskujemy informacje - odpowiedział Luke.
      - Możemy pomóc? - zaproponował dawny przyjaciel ojca.
      - Cóż... pomoc się przyda, ale nie możemy z niej skorzystać bez pozwolenia nadzorcy. Ustalę to. Gdybyśmy się nie pojawili, nie mówcie nikomu o tym spotkaniu. Jasne? - poprosił mój brat.
      - To ściśle tajne - dodałam.
      - Oczywiście - zgodziła się kobieta.
      Odeszliśmy.
      - Wielkie nieba, co za spotkanie - stwierdził droid.

      Jednak nic nie znaleźliśmy. Spotkanie z dawnymi przyjaciółmi naszego taty to jedyny sukces. No i widzieliśmy jego dawny hologram. I to by było na tyle. Przez ostatnią godzinę błąkaliśmy się bez celu po Mos Espie i nic z tego nie wyszło. Osoby różnych ras spoglądali na nas niepewnie, inni nienawistnie, a pozostali jakby chcieli nas obrabować. Nie zdziwiłby mnie taki obrót spraw, ale wolałabym nikogo nie ranić czy zabijać, nawet w obronie własnej. Poza tym, mieliśmy się nie ujawniać, więc bezpiecznie udawaliśmy obojętnych, choć wcale to nie dawało nam nietykalności.
    Ukryliśmy się w zaułku i czekaliśmy zasłaniając 3PO aby blask słońca, odbijającego się od jego złotej obudowy, nie przyciągnął niechcianych gapiów.
   Po paru minutach stania i wtapiania się w Moc uspakajając myśli, usłyszeliśmy dźwięk komunikatora.
     Obi-Wan.
     - Odbiór - przemówił Luke.
     - Znaleźliście coś? - zapytał mentor.
     - Prócz dawnych przyjaciół naszego ojca? Nic - odparłam.
     - Że co? - zdziwił się Obi-Wan.
     - Mieli jego hologram na sprzedać. 3PO go rozpoznał, a oni 3PO...
     - Bardzo przepraszam! - wtrącił się droid w pół zdania Luke'a.
     - W każdym razie, nic się nie stało. Jesteśmy bezpieczni - zapewniłam. Tak, wiem. Kłamstwo nie jest dobrą drogą. Poza tym, ja tylko nie dopowiedziałam prawdę, a fakt, że nic nam nie grozi jest prawdą.
     - No dobra, a coś konkretniej? - drążył Kenobi.
     - No i w tym problem, że nie. Musimy wracać - stwierdził Skywalker.
    - U nas negocjacje z Jabbą na razie idą dobrze. Solo próbuje się czegoś dowiedzieć od swoich koleżków. Ja operuję perswazją - poinformował wujaszek
    - I jak ci idzie? - zapytałam z ironią. Szmuglerzy mają zazwyczaj silne umysły, niepodatne na nasze sztuczki.
     - Marnie.
     - Cóż za zaskoczenie - drążyłam drwiąc.
     - Uważajcie na siebie. Wracajcie bezpiecznie. Niech Moc będzie z wami.
     - I z wami - życzyliśmy mu razem.
     Przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w komunikator.
     - Musimy przyjąć pomoc Kitstera - postanowił mój bliźniak.
     Popatrzyłam na niego zszkowana.
     - O czym ty mówisz? Dopiero co powiedzieliśmy, że będziemy wracać.
     - Jeżeli oni nie znajdą informacji na czas, to może my zdołamy.
     - Użyjesz tego mężczyznę jako przynęty? - domyśliłam się.
     - Tak.
_____________________________________
Wiem, słaby jak pogoda minionej majówki.

A teraz przepraszam, ale idę oglądać 11 odcinek i finał TCW. Jak zrobię z ziemi drugie Kamino, to przepraszam.

MAY THE 4TH BE WITH YOU.