niedziela, 29 listopada 2020

Rozdział 39

     Po części miał racje.
     Tylko po części.
    Każdy w Zakonie miał wolną wolę. Jesteśmy zrzeszeniem osób, które uczą się żyć w harmonii z Mocą. Wykorzystywać ją w celu czynienia dobra opozycyjnie do niesprawiedliwości galaktyki jak: kradzieże, zabójstwa, korupcja, kłamstwa. Niewiele ma z tym wspólnego prawdziwa esencja ciemnej strony Mocy w wykonaniu Sithów. Oni wykorzystują ją do własnych celów - zgłębiają jej tajniki często prowadzących do zagłady przeróżnych światów.
     Tak samo dobrowolnie decyzje o stworzeniu Wielkiej Armii Republiki podjął Sifo-Dyas. Chciał dobrze, chciał nas ochronić. Bo skąd miał wziąć wojsko na dziesięć lat wcześniej? Przecież nie wyszedłby na forum do cywiluchów "Zaciagnijcie się do wojska, za dziesięć lat będziecie potrzebni o wojny! Miałem wizję!". Nikt nie uwierzyłby, a zwłaszcza Jedi, który uchyla przed nim rąbek Mocy, któa nas prowadzi, a dla reszty jest dyrdymałami. Już wtedy Jedi byli uważani za pomyleńców, a Rada nie brała na poważnie wizji Mocy.
      Teraz, to co innego.
      Poza tym - czy Sifo-Dyas wiedział kto zaatakuje? Że to jego wierny przyjaciel, Dooku, rozpocznie tę wojnę?
      Raczej wątpię.
     Klony to mimo wszystko ludzie z perspektywami, chęciami i nadzieją na normalność,  nawet jeżeli wyhodowano ich tylko i wyłącznie do walki i umierania. Widzieli inne istoty i ich życie: w holoksiążkach, w holofilmach, w holozinach, w holoserialach, w wiadomościach z HoloNetu; w miastach i światach, gdzie przybywali na służbę.
     I zazdrościli.
     Cały czas pragnąć.
     Niektórym udało się ugasić to pragnienie.
    Ahsoka opowiadała mi o Kalu Skiracie. Jeden z Cuy'valów Darów, czyli stu osób szkolących komandosów na prośbę Fetta. Cuy'val Darzy to po mandaloriańsku "Ci, którzy nie istnieją". Przepadli na rzecz otrzymania funduszy ze szkolenia żołnierzy. Nikt nie wiedział jakim cudem, gdzie się udali i co ich zwabiło. Czy nadal ich bliscy czy grono, w którym się obracali, wiedzą o powodzie ich wyparowania? Pewnie tak.
     W każdym razie - Kal Skirata miał za zadanie wyuczyć dwadzieścia sześć drużyn, każda licząca po cztery osoby. Już pierwszego dnia poznał szóstkę dwulatków wyglądających na czterolatków. Okazało się, że przeżyli jako jedyni z dwunastu innych elitarnych żołnierzy serii Zero. Zero, ponieważ byli testami na ulepszenie genu. Niesubordynowani, niezależni... aby potem ich uśmiercić. Kaminowanie chcieli ich po prostu zlikwidować - jak śmieci, niepotrzebne rzeczy, zbędne.
      Skirata na to nie pozwolił.
    Tej wyjątkowej szóstce zapewnił jeszcze lepsze szkolenie niż pozostałym, stworzył sześć  jednoosobowych armii.
     Kal Skirata miał sto dziesięciu synów - stu czterech z nich bardziej uległych rozkazów "z góry" oraz sześciu lojalnym wyłącznie Skiracie, ale reszta również od zawsze była głównie jemu - ojcu, który pokazał im co to bezpieczeństwo, bliskość, miłość, rodzina. Gdy nadszedł czas i wojna się kończyła uciekł i zabrał ze sobą swoich podopiecznych zapewniając im w miarę normalne życie.
      Zey wiedział i przekazał Zakonowi.
    Rada nic nie zrobiła. Nie z bezsilności, ale ze zrozumienia. Poza tym, jaki sens ścigania ich wszystkich, skoro mieliśmy wiele innych spraw na głowie i to byli wolni ludzie, żołnierze, którym odebrano dzieciństwo, godne życie, aby nam służyły? Za jaką cenę? Za życie? Jaką wartość miał dla nich i dla reszty kosmosu nasz żal za każdą stracona osobę? Nasza przyjaźń, lojalności, traktowanie na równi pomimo stopni wojskowych? Kiedy reszta postanowiła również odejść, to odchodziła. Nie wszczęto w tej sprawie postępowania, nie oskarżono o dezercję. Bo po co? Bo ktoś pragnął tego, co nie mu nie dano?
     Tak się stało w przypadku żołnierzy z Kamino.
     A co z tymi Centaxa zamówionych przez Palpatine'a?
    Jeszcze szybciej rośli i szybciej ginęli, ponieważ ich szkolenie było za szybkie, nie dość solidne. Powierzchownie.
     Mięso armatnie - tak nazwali ich żołnierze z Kamino.
     A najgorsze w tym wszystkim jest fakt, że to prawda.
     Czy gdyby Rex przeżył, to też by odszedł?
     Zestarzałby się z nami?
    Cały 501 walczył jako dwudziestoośmiolatkowie w ciele pięćdziesięciosześciolatków. Ahsoka dalej prowadziła tych, co wiernie chcieli jej służyć. Niektórzy założyli rodziny. To piękne zjawisko biorąc pod uwagę jak wyglądało ich życie przez pierwsze lata. Ale nadal nie mogą wyjść z szoku, że coś takiego miało miejsce. Sifo-Dyas miał łeb. Cóż, tak, jak mówiłam: każdy Jedi miał swój rozum i sumienie.
    Szkoda, że nie każdy doceniał nasze starania. Palpatine robił po swojemu nie patrząc na konsekwencje. A że to on bywał głównie w mediach, to widziano tylko jego zapędy nierównoznaczne z tym co robili Jedi. Los żołnierzy nigdy nie był nam obojętny. Każda śmierć, to ból przeszywający nasze serce.
      Usłyszałam dźwięk komunikatora.
      Moment...
      Pozbawili go nas. Mieliśmy tylko jeden, w dodatku był w posiadaniu Luke'a, a pisk nadal dochodził do moich uszu z coraz to mniejszej odległości.
      - R2! - pisnęłam.
      - Co? - zdziwił się przemytnik.
      - Mój droid! znalazł nas!
      Astromech zaświergotał pytająco zza gruzu. Teraz miałam pewność.
      - Mały, poinformuj ich. Po prostu powiedz, że to ja... czekaj. Skąd się tu wziąłeś.
      Odpowiedział mi w piskach.
    - 3PO, czy wam obwody przegrzało? Mogli was namierzyć... mniejsza. Nie dajcie się złapać i znajdźcie resztę, jasne? Tylko szybko.
     - Tak jest, panienko - odpowiedział protokolat, który do tej pory milczał.
     Oddalili się.
     - Rozumiesz mowę droidów astromechanicznych? - dopytywał Solo.
     - Najlepiej tego. Poza tym, łatwo odgadnąć co chce powiedzieć - odparłam. - No i jak na blaszaka jest bardzo inteligentny. Jakkolwiek głupio to nie brzmi.
      - Droid myślący? Może ma to coś wspólnego z tymi waszymi mistycznymi zabobonami.
      - Wręcz przeciwnie.
     Po raz kolejny w podzespołach tego droida leży życie jednego z moich członków rodziny. Czy zamieniłabym swojego wybawiciela na myślącą istotę? Na najlepszego wojownika w galaktyce? Na wyspecjalizowanego zabójcę, który przyjmie wyjątkowe zlecenie? Komandosom? Nie.
     Wierzę, że żołnierze Wielkiej Armii Republiki daliby radę, ale R2 i 3PO, jakkolwiek by się nie sprzeczali i byliby irracjonalni, też dadzą.

____________________________________

Musiałam. Po prostu musiałam. Ale zrehabilitowałam się wobec siebie. Spięłam dupę i dużo napisałam. Moje życie powoli wraca na dobre tory. Czy faktycznie nimi pojedzie?

 

NMZW!

poniedziałek, 9 listopada 2020

Rozdział 38

   "Strach prowadzi do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia."
     Tę doktrynę znał każdy - dosłownie każdy - w Zakonie Jedi. Już Mistrzowie o to zadbali.
     Co jeśli w większości mojego życia jest tylko cierpienie? Nie istniała nienawiść, strachu wielkiego też nie doświadczałam, nie oznaczało to, że mogę lekceważyć swoje obawy. W żywocie każdego Jedi wszystko próbę, której trzeba stawić czoło. Najlepsze były sytuacje zagrażające nam śmiercią - to sprawdza do czego jesteśmy tak naprawdę zdolni, do czego się posuniemy, żeby uratować kogoś, ale też uchronić swój kark.
    Co jeśli w końcu muszę poświęcić swoje życie za kogoś, kogo nie lubię? Kodeks nakazywał bezwarunkowe poświęceniem innym żywym istotom. Wina Mocy - ona otaczała wszystkich otaczała, bez względu czy ktoś wierzy w jego istnienie czy też nie. Moim obowiązkiem jest uchronić każdą egzystującą jednostkę mającą swój wkład w Moc - tak, jak Kosmos składał się z planet, księżyców, gwiazd; tak samo Moc składała się z żyć. Moim zadaniem jest uchować jak najwięcej elementów tej układanki. Na tym polegała harmonia.
     Szacunek do losu innych.
    Ale czy oddawanie życia za kogoś nie jest brakiem poszanowania dla naszego żywota? Czy rodzice myśleli o tym podczas wojny?
    - Wszystko w porządku?
    Czyli Solo przetrwał. Zrobiłam co się dało.
    Myśląc przede wszystkim o sobie. Na drugim miejscu postawiłam przemytnika.
    Z żalu.
    Ale do czego? Że myślał o sobie, tak, jak ja teraz? Że próbuje przeżyć? Wciągnęliśmy go w konflikt, bo chcemy dobrze wykonać swoje działanie. Czy to nie egoizm?
    - Głowa mnie boli - przyznałam dotykając palcem czoła. Wytarłam strużkę krwi nieuchronnie wędrującej do mojego oka. Czułam już jak zatrzymała się na brwi, aby potem się przez nią raz dwa przeprawić.
    Nie miałam przy sobie bacty. Pozostało mi prosić Moc o brak zakażenia. Kto wie co było napakowane w detonatorze.
     Przeklęty Jabba. Chyba na całym ciele, pod fałdami, ma oczy.
    - No to wpadliśmy -mruknął Han. - Nie masz jakieś latarki przy sobie? - Usłyszałam jak dotyka dłonią gruzu obok siebie. - Nawet nie czuję wolnej przestrzeni by jej powiększyć.
      - Nie mam - szepnęłam zrezygnowana. Zamknęłam oczy.
    Spróbowałam opanować wzburzenie przepełniające moje całe ciało i umysł. Standardowo powtórzyłam mantrę - pierwszy wers deklaracji ortodoksyjnych Jedi względem Mocy: "Nie ma emocji - jest spokój". Wydaje się to takie oczywiste, ale wygłoszenie tych słów we własnych myślach sprowadzało do pionu, jak komenda najwyższego priorytetu.
     Wyjściowa.
    Od zachowania spokoju bierze się harmonia i życie w zgodzie z tym, co istnieje i żyje, co Moc ukształtowała.
    Jak wodospadem, negatywne uczucia opuściły najpierw mój umysł, a następnie wszystkie cząsteczki mojego organizmu.
    Mogłabym je zostawić jako komunikat dla reszty, że coś jest nie tak. Próbując się uspokoić moja aura w Mocy dała sygnały, że wszystko jest już dobrze. A przecież nie było, więc ślad tego incydentu zostaje. I tak nadal będą czuć.
    To nie wstyd prosić kogoś o pomoc. Nie jestem nieśmiertelna; nie jestem Sithem, żeby iść na skróty. Nie okazuję słabości, aby przywołać nienawiść i uporać się z moim problemem raz dwa. Szukam możliwości pozwalających mi zachować zrównoważenie. Dopuszczam do siebie istnienie tego, co może mnie sprowadzać na ciemną stronę Mocy, lecz z determinacją i opanowaniem je tłumię. Uczę się jak być Jedi poprzez przyjmowanie przeciwności i pokonywania ich bez destrukcji dla swojego ducha i innych.
    Dopiero osiągając pełną kontrolę i otaczając się pozytywnymi bodźcami pozwalam na połączenie się z bratem.
    - Za niedługo braknie nam tlenu - stwierdził Solo.
    - Jeżeli się nie zamkniesz, to stanie się to o szybciej - zauważyłam.
    - Jeżeli będziemy szukać wyjścia lub je tworzyć to też.
    - Czekaj - nakazałam.
    Jak od pola siłowego odbiła się ode mnie fala jego nagłej złości.
    - Na co? - fuknął.
    - Na pomoc. - Jakby to nie było oczywiste.
    - Nikt nie wie, że tu utknęliśmy. A nawet jeśli, to nie zdążą. - Był wściekły coraz bardziej.
    - To czy umrę tu czy nie zależy od twojego planu. Skoro był taki świetny i dokładny, to czemu nie przewidziałeś tej pułapki? To podstawa strategii - zakpiłam.
    - Nie jestem jasnowidzem, jak ty. - Przysięgam, że gdyby mógł mnie zobaczyć to zmierzyłby mnie wzrokiem.
    - Jedi też nimi nie są - sprostowałam.
    - Ale jesteście hipokrytami - podjął po chwili milczenia. - Tak wam zależy na pokoju, a głupich wojen nie potraficie powstrzymać i jeszcze bierzecie w nich udział. Jesteście beznadziejni.
    - Jak obiecywaliśmy ci pieniądze, to nie byłeś taki skory do obrażania nas. To dopiero beznadzieja i hipokryzja.
    - To tylko interesy.
    - To przestań marnować nam powietrze i skup się na swoich kredytach oraz przemyśl swoje teorie. Nie doszedłeś chociaż raz do wniosku, że te wojny są skierowane głównie w Zakon Jedi? Jesteśmy stawiani pod ścianą bardziej niż reszta Republiki.
    Może to mu zamknie jego wygadaną jadaczkę.
    Miałam dość wiecznych oskarżeń i bólów o to, że nie jesteśmy tacy, jacy powinniśmy. Kto nałożył taką wizję? Zakon czy społeczeństwo? Na pewno społeczeństwo, skoro nikt nie miał wglądu, do tego, co robimy w murach świątyń.
    Poza tym, nabierali wątpliwości za każdym razem, gdy spotykali Jedi nagminnie sprzeciwiającego się Radzie i idącego własnymi ścieżkami. Wcale nie złymi.

_____________________________

Nah, gdybym miała siłę na co innego niż czytanie. Weny brakuje, szukam jakiegoś katalizatora. No i chęci. Ale! Planuję os na krismasy.

Plz, forgive me

 

NMBZW!

niedziela, 25 października 2020

Rozdział 37

    Zaczęłam się zastanawiać jak bardzo Yoda stracił rachubę czasu przez te wszystkie lata, skoro ja w celi nie potrafiłam określić ile minęło minut. A może godzin? Światło wpadające przez lukę mówiło mi, że słońce nadal góruje na niebie.
     Solo nadal się nie zjawił, więc co godzinę prychałam w stronę mojego brata, żeby pokazać moje rozgoryczenie i rozbawienie jego naiwnością. Solo to oszust i wcale nie ma słabego umysłu także perswazja Mocą odpada.
      No i jeszcze pozostaje kwestia Ahsoki.
      Moją głowę od samego początku opanowywały najgorsze sceny. Czy da radę się im postawić? A może skończy jak Aayla Secura? Jaka ta galaktyka jest niesprawiedliwa, Ahsoka w wieku czternastu lat uratowała tę małą glizdę Rottę, a Jabba tak jej się odwdzięcza! Skoro już nas rozgryzł, to czemu chce ją krzywdzić? Po co moja matka się tak trudziła, żeby uratować Anakina i Ahsokę skoro i tak to się nie opłaciło?
      Usłyszałam szczęk kluczy i plakietek, które za jednym przyłożeniem otwierają drzwi.
      Pewnie Gamorreanie.
      Popatrzyłam w lewo.
      Nie, to nie gamorreanie.
      To coś gorszego - Han Solo.
      - Dostałem specjalny przydział. - Nie wydawał się dumny z siebie.
     - Pierwszeństwo w kolejce moich przyszłych ofiar? Tak. I to ze szczególnym okrucieństwem, zdrajco - odparłam.
      - Hej, paniusiu, mam plan - uspakajał.
     Podniosłam się gwałtownie z ziemi nie zwracając uwagi na to, że cały mój strój jest brudny od kurzu, piasku i betonu. Akurat dziś stwierdziłam, że wypadałoby wymienić uniform. Jakby ktoś tu jeszcze zaprzątał głowę czymś takim jak przepocone ubrania czy bród. Czy to czyni ze mnie ignoranta? Że przejmuje się takimi rzeczami?
      - Też mam plan - powiedział Luke.
     - Wykorzystaj go i zwiewamy. Nie spoufalaj się z nim. Patrz jak na tym wyszedł Obi-Wan - skarciłam brata.
    - Nadal mam wobec niego dobre przeczucia - wyznał Kenobi.
    - To gdzie Ahsoka? Twoja przyjaciółka? Jaki los ją spotkał?
    - Togrutance nic nie jest. Powiedziałem Jabbie, żeby mi ją "oddał" - W tym momencie zrobił z palców cudzysłów. - Jest w mojej wynajętej kwaterze. Chewie się nią opiekuje. Nikt jej nie tknął ani nie skrzywdził i nie skrzywdzi.
      - Podaj mi jeden powód, dla którego mam ci uwierzyć i nie obciąć wynagrodzenia - zażądałam.
     - Bo mam plan. Lepszy niż ten wasz staruszek miał. No i dzieciak też coś wykombinował - odpowiedział.
      - Wysłuchajmy twojej wersji - polecił Kenobi wstając.
      - Ahsoka wraz z Cheewiem odetną zasilanie w całym pałacu i zrobi się zamęt - zaczął.
      - A ty go opanujesz i zgarniesz pieniądze - domyśliłam się.
      - Też. Ale jesteś potrzebna mi ty.
      - Nie mówisz poważnie - parsknęłam.
      - Masz cięty język, wykorzystamy to. Ukryjesz się wraz ze mną a potem wyjdziemy: ja jako bohater a ty złoczyńca. W tym czasie dziaduniu i młody wykradną z komputerów resztę informacji, zaszantażują Jabbę, porwiecie mnie i ja dostanę swoje pieniądze.
      - To nie ma prawa się udać.To bez sensu - zawyrokowałam.
      - To może się udać - zaprzeczył mi Obi-Wan.
      Spojrzałam na niego jak na idiotę.
      - Masz klaustrofobię i ci odbija?
      - Leia, daruj sobie. Idź z nim - nakazał Kenobi.
      - Już czuję linię zrobioną wibroostrzem na swojej krtani. Otwieraj to - kazałam Solo.
     Przemytnik trochę siłował się z zamkiem, bo nie zdobył kart, ale w końcu mu się udało obejść. I wypuścił mnie i mojego brata.
      - Biegnijcie już. Ja zajmę się Obi-Wanem - polecił Luke.
      Nie oglądając się za siebie podążyłam za Hanem w lewo. Przeprowadził nas w dół schodów, gdzie było ciemno. Dosłownie - ciemno. Wręcz czarno. Nie użyliśmy żadnych lamp, tylko szliśmy. Obecność Solo czułam przez Moc tak samo jak wyczuwałam inne żywe, zapewne nieznane, gatunki zwierząt czające się tu wszędzie tylko po to by mnie skosztować. Kenobi mnie wrobił na całego.
    Miałam złe przeczucia. Nie same zwierzęta się tu znajdowały i czyhało na mnie coś gorszego. Zastanawiałam się czy Solo sprowadził mnie tu celowo czy po prostu zbyt bardzo w siebie wierzy i nie dopuszcza do swojej wiadomości, że może być inaczej niż po jego myśli.
      Nawet się słowem nie odezwałam.
      Nadal pozwoliłam mu prowadzić.
_______________________________
Przepraszam. W niedzielę dostałam taki strzał w pysk, że trzyma mnie do dziś. Postaram się poprawić.

NMBZW!

poniedziałek, 12 października 2020

Rozdział 36

     Ledwo powstrzymałam się od grymasu na widok obślizgłego cielska Jabby. Jego nie proporcjonalne do tułowia łapki były wręcz śmieszne zważając na fakt, że ta istota miała w swym władaniu pół przemytniczego imperium. Kiedy wkładał sobie do ust żabę, z kącika spadła mu dość spora kropla śliny.
     Fuj.
    Nigdy w życiu nie sądziłam, że moje życie będzie zależało od jakiegoś ślimaka. Ogółem miałam świadomość, że Zygerrianie wykończą mnie prędzej czy później, ale nie, że zrobią to Huttowe. Z dwojga złego, chyba lepiej żeby to Jabba mnie wyeliminował z gry niż żeby to zrobiła Zygerria. Przynajmniej klan Desilijic nie miesza się w żadne wojny. Wszystko dla swoich interesów, byleby prosperowały dalej. Super.
      - Hai czuba da naga? Ah'czu ejpenkii?* - zagrzmiał.
     Nie rozumiem huttańskiego i nie chce rozumieć. Niby rodzice znali - mama bo królowa wiele umiała, a tata... no musiał umieć. Ahsoka mi powiedziała, że nigdy nie podejrzewała, że Anakin zna. Kiedy usłyszała jak się zwraca do małego Rotty - zastanawiam się gdzie on jest - od razu powiedział, że miał nadzieję nigdy nie używać tego dialektu. Dlatego postanowiłam nawet  nie próbować poznawać podstawy przynajmniej na czas tej misji. Bo po co? Nawet bez tego dało się zrozumieć o co pyta - kim jesteśmy i czego chcemy. Poza tym, ma protokalata.
      - Uwięziłeś pewnego człowieka - przemówiłam bez ogródek.
     Jego odpowiedź była kompletnie niezrozumiała. Zaczął mówić szybciej. Po drganiu ogromnego cielska wywnioskowałam, że jest wściekły, a to oznacza, że my też będziemy mieć problemy.
      - Potężny pan Jabba - Jeżeli miałabym spekulować o potędze tej istoty, to jest poza piątką. Czy oni nie zorientowali się, że mamy pojęcie o Czarnym Słońcu? Poza tym, Zygerria wychodziła na prowadzenie, a z tymi to znaliśmy się aż za dobrze. - każe przekazać, że ten Jedi oszukał naszego najlepszego pilota Hana Solo. Jeżeli braliście w tym udział, również was uwięzi - odpowiedział droid protokolarny.
      Spojrzałam kątem oka na przemytnika.
      - A co z togrutanką? - zapytał Luke.
     Han Solo nas trochę wkopał. Martwi się o swój zadek, żeby pracy nie stracił i to jest w zupełności zrozumiałe. Tylko sądziłam, że przemytnicy mają trochę więcej serca w przeciwieństwie do łowców nagród. Myliłam się, bo nie wzięłąm pod uwagę, że ktoś może zostać pokrzywdzony przez życie. Przecież to też ma wpływ na nasze decyzje, ale zauważyłam w tym szmuglerze coś... coś jakby nadzieję. Jakby zaczynał przywracać sobie wiarę.
     - Togrutanka niegdyś uratowała syna Jabby, Rottę, dlatego pan Jabba oszczędził ją i ma zostać tancerką - poinformował robot.
    To jedyny taki moment w moim życiu, kiedy nie widziałam w takich automatach 3PO - nieporadnego, nerwowego. Miałam ochotę go rozwalić na kawałki raz dwa i a samego Jabbę przerobić na mokrą karmę dla Banth.
      - Jeżeli będziecie sprawiać problemy, podzielicie ich los - kontynuował. Jabba znowu przemówił i a protokolat sprawnie przetłumaczył. - Czego Jedi szukają na planecie Tatooine?
      Pewnie szczęścia.
      Chciałam uzgodnić to z bratem, ale on najwidoczniej ze mną nie.
    - Wykradliśmy wam tajne dane dotyczące broni Zygerrian.
     No to po nas.
     Jabba się wściekł. Wszyscy znajdujący się w sali audiencyjnej pałacu ucichli. Hutt grzmiał i nawet nie potrzebowałam tłumaczenia, że wrzeszczał "ŻE CO?!". Prawdopodobnie kazał nas też uwięzić bo nagle podeszło do nas czterech łowców nagród, którzy celowali w nas bronią.
      Luke kiwnął nie zauważalnie głową co miało oznaczać, że mam pozwolić się złapać.
      Zakuto nas w kajdanki i skierowano w stronę drzwi.
     - Smarkacze. Oszukaliście mnie. Pewnie nawet nie chcieliście płacić - przerwał ciszę Han. Patrzył na nas z pogardą. Byłam tak zdezorientowana, że nawet Moc nie potrafiła pomóc mi w ocenie czy serio to powiedział bo zwątpił czy grał na zwłokę. Prędzej to jego dałoby się oskarżyć o kłamstwo.
      - Przysięgam, że skopie mu dupę, jak się stąd wydostaniemy - obiecałam bratu.
    Umieszczono nas w celi na przeciwko Obi-Wana. Patrzył na nas bez wyrazu co dało mi do zrozumienia, że mam się szykować na jakiś uszczypliwy komentarz, który nastąpił zaraz po tym, jak łowcy głów się ulotnili i w pobliżu znajdowali się tylko gammoreanie. Małointeligentni i mało kumaci szczerze powiedziawszy.
     - Podejrzewam, że przybyliście nam na ratunek. Jak zwykle, jak to zawsze u Skywalkerów, poszło wam genialnie.
      - Musisz być dumny - stwierdziłam. - Luke, jako twój padawan, ma nauki prosto od ciebie. Moje, co prawda trzecia w kolejności, ale też biorą się od ciebie.
      - Moje do Qui-Gona, jego od Dooku, a Dooku od Yody. Wniosek?
      - Wina Yody - uznałam.
      - Powiedz mu to w twarz. - Kąciki ust Obi-Wana uniosły się lekko.
      - Według twojego rozkazu, Mistrzu Kenobi - uśmiechnęłam się chytrze.
      - Trzeba wydostać Ahsokę - postanowił się głośno Luke.
      - Dobre spostrzeżenie, panie sprytny. Zwłaszcza zważając na to, że siedzimy w celi dzięki tobie - zakpiłam.
      - Mam plan. Tylko potrzebny nam jest Solo - powiedział pewnie Luke.
      Ręce mi opadły.
     - Mamo, tato, do zobaczenia za niedługo - obiecałam patrząc w sufit. Zrezygnowana oparłam się o ścianę. Ukryłam twarz w dłoniach, westchnęłam głośno i zjechałam do pozycji siedzącej. Podkurczyłam nogi, przetarłam oczy i twarz. Oparłam przedramienia na kolanach i wpatrywałam się w kciuk i wskazujący palec prawej dłoni. Ocierałam je o siebie co pomogło mi skupić uwagę i się zastanowić.
    Mój brat oszalał.

______________________________

*Czego chcesz? Kim jesteś?

Tak, wiem. Opóźnienie jednego dnia. Kompletnie wczoraj odpłynęłam w swoich sprawach. Przepraszam. <3 Ale wena jest! Rozdziały się piszą, juhuuu! One-shot też!

NMBZW!

niedziela, 4 października 2020

Rozdział 35

    Często sen u Jedi zwiastował coś niedobrego, bo przeinaczał się w wizję.    
    Czy ktokolwiek zna wytłumaczenie na bezsenność?
    Tak często przekręcałam się z boku na bok, że chyba obudziłam Luke'a. Nie wiem, nic mi nie powiedział, bo albo jednak spał, albo mu to nie przeszkadzało, albo nadal nie chciał się odzywać. Nie żebyśmy się na siebie obraził, chyba po prostu oboje potrzebujemy czasu. Życie piętnastoletniego padawana nie jest łatwe - wychodzi na to, że przeciwności losu jest najwięcej wtedy i najbardziej dają się we znaki. Tylko że w naszym przypadku jest to przeszłość i jej tajemnice.
      Patrzyłam w sufit, jakby miał mi odpowiedzieć na nieme pytania - niewypowiedziane nie dlatego, że nie mówiłam o nich na głos, ale też ich nie wymyśliłam. Nawet nie wiedziałam o co chcę pytać!
      Sufit również milczał.
      My w pewnym momencie przestaliśmy.
      - Rano - przerwaliśmy ciszę.
    Najwyraźniej oboje myśleliśmy o tym samym: udamy się do pałacu Jabby. Pewnie zrobi nam krzywdę albo od razu zabije. Zawsze to lepsze niż złość Obi-Wana i Ahsoki - osobno lepiej ich nie denerwować, ale grać im na nerwach obojgu na raz? Czeka nas coś gorszego niż szlaban, chłosty lub okrutna śmierć.
      Niech Moc ma nas w swojej opiece.
      Albo Mama.
      Mama w Mocy.
    W każdym razie - mamo, jeśli mnie słyszysz, czuwaj nad nami. Twoje ramiona to moja najbezpieczniejsza przystań.

    Postawiliśmy na chód i zaraz o świcie ruszyliśmy do pałacu Jabby. Nie jedliśmy nawet śniadania, połknęliśmy jedynie po kapsułce żywieniowej - może wystarczy. Zostawiliśmy 3PO w domu. Gdybyśmy nie wrócili do dwóch dni, miał wezwać posiłki.
     Choćbym chciała podziwiać widoki, to już nie mogę patrzeć na ten piach i słońce. Wszędzie tylko piaskowy horyzont i niebieskie, bezchmurne niebo. Do porzygu wręcz, żadnego deszczu, oberwań, błyskawic (siedźcie cicho, Sithowie). Mój strach o mistrzów i własny los wcale nie polepszał humoru.
      Dotarliśmy do wrót Jabby.
      Robot zadał nam pytanie po huttańsku.
      - Przybyliśmy do Jabby - oświadczył pewnie Luke. - Mamy interesy.
      Ciekawe czy masz na nie fundusze.
      Droid zaświergotał coś jeszcze po huttańsku i zniknął.
      - Mam jakieś złe przeczucia - powiedziałam.
    Wrota otworzyły się.
    Na naszej drodze stanęła dwoje obślizgłych, uzbrojonych gammorreanów. Super, będziemy musieli się ujawnić. Mimo wszystko poszliśmy z Luke'm przed siebie. Strażnicy trzymali się blisko, ale nie atakowali. Na spotkanie wyszedł nam blady twi'lek.
      - Kim jesteście, młodzi przyjaciele? - odezwał się we wspólnym.
    - Chcemy się rozjerzeć i ewentualnie podjąć jakąś pracę. Jesteśmy samotni, musimy zdobyć pieniądze - powiedział Luke.
     - Zapraszam za mną. - Twi'lek wskazał ramieniem kierunek.
     Niech zabawa się zacznie.
     Już widzę ten wzrok Obi-Wana i Ahsoki - o ile jeszcze żyją.
     - Rozglądnijcie się, a ja powiadomię Jabbę - polecił.
    Było tłoczno i głośno. Drażniło to moje uszy i nie potrafiłam się dostatecznie skupić, dlatego nie przewidziałam, że ktoś pociągnie mnie za przegub. Luke odwrócił się natychmiast. Han Solo ukrył nas za filarem.
     - Co wy tu robicie, smarkacze?! - zapytał poirytowany.
    - Szukamy szczęścia - odpyskowałam i wyszarpałam nadgarstek z jego uścisku. Świdrował mnie wzrokiem.
     - Staruszek was tu przysłał? Mieliście się trzymać z daleka! - zganił nas.
     - Gdzie jest Obi-Wan? - zarządał odpowiedzi Luke.
     Solo popatrzył na niego i spuścił wzrok.
    - Słaby z niego negocjator. Jabba go w końću poznał, sam też pomieszał pewne wątki. Trafił do lochu - wyznał.
    - I nic nie zrobiłeś?! Na co czekasz?! Gdzie Ahsoka?! - dopytywałam się.
    - Też. Czeka na wszczepienie nadajnika. Przykro mi.
    - A czemu ty jesteś na wolności? - zdziwił się Luke.
    - Skłamałem. Jestem pilotem Jabby, wykonuje dla niego zlecenia, kiedy jest na Nal Hutta. Straciłbym pracę - bronił się.
    - Masz serce i sumienie w ogóle? - zirytował się Luke. - Co ty sobie myślałeś?
    - Planuje ich uwolnienie, ale...
    - Sami to zrobimy - przerwałam mu. - Musimy się dostać do więzienia. - Spojrzałam na brata.
    - Zginiecie. A ja razem z wami, a mi życie miłe. Siedzcie tu i się nie ruszajcie - nakazał.
    - Wielki Jabba zaprasza na audiencję - przemówił robot protokolarny.
    Automatycznie pomyślałam o złotym droidzie ojca. Oby nie spanikował i zrobił wszystko na czas.
    Moment... gdzie R2?
    - Powariowaliście? Teraz wszyscy zginiemy! - przesądził przemytnik.
    Może miał rację?
    Miałam złe przeczucia.
    _______________________________________

W tym tygodniu trochę luzu. Będzie dobrze!

NMBZW!

niedziela, 27 września 2020

Rozdział 34

     - Co jest? - zapytał Luke.
    Kiedy padłam zrezygnowana na kolana, podbiegł do mnie zapominając o pilnowaniu tyłów ludzi pustyni.
     - W porządku? - dopytywał pochylając się nade mną i opiekuńczo położył dłoń na moim ramieniu.
     - Później ci opowiem, obiecuję - wyszeptałam.
     Spojrzałam na zgraję tuskenów, nikt się nie ruszył. Patrzyli na nas z widoczną rezerwą. W Mocy dało się wyczuć ich zdziwienie.
     - Czy wzięliście coś z jamy Sarlacca? - odezwał się Kitster drżącym głosem. Zgaduję, że to była jedna z najodważniejszych rzeczy jaką wyczynił w swoim dotychczasowym życiu. Podziwiam.
     Któryś tusken podszedł do banthy. Wstałam ostrożnie gotowa do możliwego ataku. Tusken wziął jeden z materiałowych worków i zaczął w nim nerwowo grzebać. Popatrzyłam na siebie z Luke'm cierpliwie czekając. Poszukiwacz wydał z siebie dziwny głos i podreptał do nas z czymś w dłoni. Zatrzymał się dwa metry od nas, wyciągnął rękę, a kiedy odebrałam od niego zdobycz, szybko ją zabrał i wycofał się przestraszony.
     Spojrzałam na przedmiot w mej dłoni.
     Dysk ze znakiem dawnego imperium rakatańskiego.
     - Czy znaleźliście tam coś jeszcze? - zapytał Luke. Tuskeni zaprzeczyli ruchem głowy. - Nawet nie pytam jak wyciągnęliście. Odejdźcie.
     Sami również się wycofaliśmy. Wraz z Kitsterem poszliśmy w stronę Mos Espy. Czekała nas długa droga.
    - Zaraz zacznie zachodzić słońce. Lepiej żebyśmy dotarli do domu przed zmrokiem - powiedział Kitster.
     - Zgadzam się. My sami musimy dostać się do Mos Eisley - odpowiedziałam. - Dziękuję ci. Poszedłeś z nami, zaufałeś nam i pomogłeś. Masz dobre serce.
     - To dla mnie świetna przygoda. Chętnie bym ją rozpowiedział, ale tu mi raczej nikt nie uwierzy - stwierdził.
     - Nie obraź się... czy jako niewolnik możesz tak daleko się zapuszczać? - zaciekawił się Luke.
     - To zależy do mojego właściciela. Kiedyś była nim huttka Gardulla, ale podobnie jak waszego ojca i babcię, przegrała mnie na wyścigach z osobą, która chciała zarobić. Skromny mieszkaniec Mos Espy. Niestety nie chciała mu dać pieniędzy, więc oddała mu mnie. Mam pilnować jego interesów i przejąć gdy odejdzie, nie ma rodziny. Chce po prostu bym był uczciwy i wracał.
     - Jest jeszcze jakaś nadzieja w tej galaktyce - stwierdziłam.
 
     Dotarliśmy do portu zanim słońce zaszło za horyzontem dzięki czemu mieliśmy sporo czasu na dotarcie do naszego mieszkania zanim całkowicie się ściemni. Pożegnaliśmy Kitstera i po raz kolejny podziękowaliśmy mu za pomoc oraz za opowieści w drodze nad jamę i tej powrotnej do Mos Espy - znacznie przybliżył nam historię naszego ojca praz naszej babki, do której tata wielokrotnie mnie porównywał. Mimo swojego dość młodego wieku pamiętałam, jak za każdym razem wspominał swojej żonę "Jest podobna do matki. I do ciebie. Jakbyście się wymieszały i stworzyły Leię".
     Nigdy nie widziałam zdjęć babci Shmi. Musiałam wierzyć ojcu, mamie no i Kitsterowi. Natomiast babcię Jobal widziałam wielokrotnie. Skręciło mnie w żołądku na myśl, że od Kitstera jak i mamy usłyszałam wiele dobrego o Shmi, ale wielokrotnie mama mówiła o swojej. Problem w tym, że cały czas mam żal o to, iż rodzice Padme Amidali najpierw byli zdziwieni, potem źli i w końcu przerosło się to w niemożność mówienia. Przynajmniej przez pierwsze pięć lat, bo na pogrzebie wyglądało to jakby miało się poprawić. Ale my zostaliśmy Jedi. Może kiedyś damy radę to wyjaśnić.
     - Nie sprzedawaj hologramu wyścigu - poradziłam Kitsterowi.
     - Oddam wam go za darmo - zaoferował.
     - To wasza jedyna pamiątka - odparł Luke. - Zachowaj ją.
     Odeszliśmy i udaliśmy się do śmigacza.
     Ciężko mi było na sercu, nie wiem czemu. Widziałam go pierwszy raz w życiu, a jakbym znała go od zawsze. Ten ból pozwolił mi na chwilę zapomnieć o problemach.
     - Obi-Wan - przypomniał mi Luke, kiedy weszliśmy do pojazdu i ruszyliśmy do Mos Eisley.
     - Nie kontaktował się. Mam złe przeczucia. Byliśmy tak zajęci Sarlacciem. A co jeśli...
     - Wyczulibyśmy - uspokoił Luke. - Na pewno.
   - Komunikator? Ahsoka by to nap... nie, ona udaje niewolnicę. Może zagłuszyli przekazy - wyliczałam na głos.
     - Myślisz, że...
     - Nie wolno nam - przypomniałam bratu.
     - To jedyne wyjście! - Wskazał palcem na sakiewkę przy po moim pasie. - Muszą wiedzieć. Musimy ich powiadomić. Tata by tak zrobił.
     - Nie chcesz być jak on - urwałam rozmowę niewiele myśląc.
     I uderzyły mnie wspomnienia sprzed paru godzin. W głębi duszy nie dawały mi spokoju tak, jak kwestia Obi-Wana.
     - O czym ty mówisz?! - zdziwił się Luke. Musiałam go wytrącić z równowagi, bo śmigaczem wstrząsnęło, ale udało mu się skupić ponownie.
     - Ojciec wyrządził krzywdę tuskenom - szepnęłam. - Nie wiem co, ale to był on. Czułam, a te aury nie da się pomylić.
     Mój brat posłał mi ukradkowe spojrzenie.
     Milczał. Musiał to sobie przetrawić. Ja również.
     Nie odezwaliśmy się do siebie już tego dnia ani razu.
_________________________________________________
Uwaga... zaczynam się tłumaczyć.
Sprawa wygląda następująco... mój mózg pochłania wiele rzeczy. Powiecie "Znowu ta sama śpiewka". Co mam powiedzieć? Wiecznie coś jest nie tak, wiecznie.
Pierwsza sprawa: Praca. Musiałam ją w wakacje zmieniać. Poszłam jako kelnerka do restauracji. Niby wiedziałam, że będzie ciężko u nich z wypłatą, ale że aż tak? Miałam dostać ją 10 września, dostałam teraz w piątek. Po tym, jak się wściekłam i poszłam na policję. Przez dwa tygodnie tak mnie to pochłaniało, że aż życie ulatywało.
Druga sprawa: nie chcecie widzieć mojego mobidziennika. Zakładek zadania i sprawdziany. Wytłumaczenie "Bo jak przyjdzie zdalne..." w dupie mam wasze zdalne. Ludzie, 4 miesiące to 4 oceny uzbieracie, nie? W zeszłą niedzielę ciupałam graniastosłupy na kartkówkę z matmy. Jak będzie pała to jestem w carnej dupie, kochani. Dziś to samo - ekonomia, gospodarka, angielski i geografia. Wiecznie tylko nauka i nauka.
Trzecia sprawa: Studniówka. Czy wiecie jak to jest być w technikum, gdzie na waszym roczniku jest 5 kierunków i siedem klas, bo dwa kierunki rozbili na dwie? Nie? Dupiato.  Nie pozdrawiam logistyków i informatyków, którzy zrobili po swojemu i trzasnęli sobie sami studniówkę. Uwaga - nie przez pandemię. Bo są debilami, półmetek tak samo rozciepali w zeszłym roku. Miałam nie iść na studniówkę, ale osoba, która chciała się tym zajmować nie ogarnia ludzi z dwóch, które zostały. Więc na scenę wchodzę ja - Caryca ponownie na tronie, ogarniam z inną przewodniczącą wszystko i jest cacy. No i idę na studniówkę, bo nie jestem aż tak altruistyczna, szanujmy się. Iiii... żeby było zabawniej - pytałam informatyków czy na pewno robią z logistykami na 4 klasy "Tak". Zgadnijcie kto w tym tygodniu pytał nas czy się dołączamy, a my odmówiliśmy i robią trzecią studniówkę? Ta, dwie klasy inf. BRAWO XDD
Ciekawe dwa tygodnie, módlmy się aby było lepiej.
Pozdrawiam

NMBZW!

niedziela, 13 września 2020

Rozdział 33

 Jak chcecie to wróćcie się do rozdziału 233 na poprzednim.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ 
      O zmroku było tak cicho, jak na Naboo. Brakowało jej wodospadów, łąk, ale przyzwyczaiła się do ich braku. Nie podróżowała za często na Naboo do krainy jezior, warunki nie pozwalały. Przez trzy lata czekała na Anakina, a teraz nie mógł od tak wszystkiego zostawić, dzieci również. Nie miała żalu, mimo wszystko dobrze się potoczyło.
      Właśnie, dzieci.
     Myślała o nich w każdej chwili, nawet jeśli były pod dobrą opieką. Wykorzystywała każdą chwilę z nimi, aby je wychować SAMA, a nie powierzać to Zakonowi. Anakin był dobrym przykładem na to, że miłość matki i jej metody wychowania są dobre i nie przeszkadzają w byciu - w pewnych aspektach - przykładnym Jedi.
     - Wszystko dobrze? - Usłyszała głos Anakina. Przysiadł się do niej na drewnianym moście owiniętym na grubym konarze drzewa. Pozwolił nogom dyndać nad przepaścią. Nie szacował na jakiej wysokością się znajdują, przestał to robić już dawno, bo nawet jakby spadł to się uratuje.
      - Dziwnie mi ich zostawiać - przyznała Padme.
      - Cały czas masz ich pod opieką. Przez całe trzy lata się nimi zajmowałaś. Ja nie - odparł Anakin.
      Spojrzała na niego z rezerwą - Anakin był mistrzem niespodzianek, a ona, pomimo że, je kochała, to w jego wykonaniu nie każde. Nigdy nie dało się przewidzieć co powie, zrobi, jak zareaguje.
      Nie dokończył, więc postanowiła go do tego zachęcić.
      - Co masz na myśli?
     - Że płacę za swe błędy, dlatego nie było mnie przez pierwsze trzy lata - odparł jakby od niechcenia. Patrzył w gwiazdy, ale jakby bił się z samym sobą, co ma powiedzieć. Może niepotrzebnie zaczynali ten temat. Wydawało się, jakby Anakin z trudem mówił o tych trzech latach. Czy to kwestia traumy, czy cieszenia się każdą chwilą, która miała też nadrobić stracone?
      - Chodzi o to, że Cię złapali? - zapytała ostrożnie
    - Ot to, że zgodziłem się na warunki Rady. Mogliśmy zostać przy planie Krainy Jezior - wytłumaczył.
      - I zostawiłbyś Ahsokę? Legion? Zakon sam na sam z Palpatinem? Nawet jakbyśmy tam uciekli, to by nas znalazł prędzej czy później, w końcu pragnął mieć cię za ucznia - przypomniała.
     - Pewnie jakoś bym go zabił, może Ahsoka by mi pomogła. Ale nie powinienem wracać. Nie narażałbym was na cierpienie, Ahsoka ukończyła by trening pod okiem Obi-Wana i nie musiałaby się dla nikogo poświęcać. Ja bym nie musiał pluć sobie w brodę za to, że na jakiś czas osierociłem własne dzieci. - Spojrzał na nią. Jakkolwiek nie wydawało się to okrutne, nie żartował. Naprawdę winił siebie, choć według niej nie powinien.
      - Ahsoka ci wybaczyła. Inaczej by nadal nie była twoją padawanką. Dzieci zrozumieją - obiecała.
      - Tego raczej nauczyły się od ciebie. Jesteś niekwestionowana w tej dziedzinie - zachichotał cicho.
     - Co masz dokładnie na myśli? - drążyła Padme z zaciekawieniem. Kąciki jej wędrowały coraz wyżej.
      Anakin znów spojrzał w niebo.
      Zrobiła to samo.
     Dała mu chwilę na pozbieranie myśli, a kiedy mu się udało ponownie odwrócił do niej głowę. Również na niego spojrzała i skupiła się wzrok na jego niebieskich oczach.
    - Jest wiele rzeczy, które nie powinienem robić jako Jedi. Popełniałem masę błędów, a najgorszy z nich wszystkich to nie jest ślub, tylko nienawiść do samego siebie - przyznał. Padme ściągnęła lekko brwi, ale nie przerwała mu i pozwoliła dokończyć. - Nienawidzę siebie od momentu, kiedy wybrałem Zakon zamiast zostać z matką, bo prosiła mnie, żebym to zrobił. Miała nadzieję, że będę wiódł lepsze życie. Pod względem materialnym tak jest, ale inne aspekty sprawiły, że wcale nie uważam go za lepsze i nienawidzę się za to bardziej. Za każdym razem, kiedy próbowałem iść własną ścieżką i łamałem rozkazy Obi-Wana... chciałem udowodnić i mi, mamie i jemu, że potrafię jakoś sobie radzić. Ale nieważne , że wynik moich działań był dobry, sposób sprawiał, że zawodziłem Obi-Wana. Człowieka, który poświęcił dla mnie osiemnaście lat, a zwłaszcza pierwsze dziesięć, żeby spełnić prośbę Qui-Gona. Jeszcze bardziej się nienawidziłem. Jego wybaczanie jakoś uśmierzało mi ból, ale to niewiele dawało. W jego opiece widziałem więcej przymusu niż własnej chęci. Zacząłem się z nim dogadywać dopiero po pasowaniu na rycerza, ale zmieniłem też zdanie na ten temat. Nikt nie kazał mu przyjąć tej obietnicy. Mógł odmówić a on zdecydował się postawić Radzie. Wiesz, kiedy to zrozumiałem? Po bitwie o Geonosis, kiedy w salach darłem się po nim, że go nienawidzę. A wiesz dlaczego? Bo parę dni wcześniej pojąłem, że mogłem wziąć jakikolwiek myśliwiec i polecieć na Tatooine. Uratować matkę. Lepiej było zawieść niesubordynacją wszystkich... niż wymordować wioskę tuskenów. Jedyną osobą, która o tym wie, to jesteś ty. I nie uciekłaś z Tatooine, starałaś się zrozumieć i dałaś drugą szansę. Za każdym razem dajesz. A przez to ja staram się dać samemu sobie drugą szansę. Bo pierwszą zepsułem zostawiając matkę.
      Padme milczała - jak wielu sytuacjach Anakinowi wystarczył jej wzrok pełen miłości.
      Oparła głowę o jego ramię ciesząc się spokojem. Nazajutrz miał się skończyć.
______________________________________
Tak, wiem, co mówiłam. Ale może to było konieczne? Wymyśliłam sobie rutynę wdrążyłam ją w życie i nawet jest ok. Nie jest wybitnie idealna, ale pozwala na nierezygnowania z pisania i czytania na rzecz szkoły. Za tydzień powinno być normalnie.

NMBZW!