niedziela, 8 marca 2020

Rozdział 17

      Minęły dwa dni. Nazajutrz wyruszamy, a ja nadal nie zdążyłam porozmawiać z Pooją. Z drugiej strony niewiele straconego, nie? Ale wypadałoby, bo przecież nie wiem na ile tak naprawdę moja podróż jest niebezpieczna. Czy jeśli się udało, to zdołam kiedykolwiek poznać moją babcię i dziadka?
       Przez większość życia byłam samotna i nadal się tak czuję. W tym momencie głównie dlatego, że jestem tak zestresowana, że nie wiem gdzie ręce wsadzić kiedy mam wolną chwilę od treningów. Za każdym razem kiedy go kończę jest mi smutno i chcę tam wrócić, pomimo że w trakcie miałam już dość. Informacje zebraliśmy już wszystkie.
      Jedyne co mi pozostało, to patrzenie w sufit. O spaniu nie było mowy, moje powieki nie zamierzały zamykać się na dłużej niż ułamek sekundy wymagane mruganiem.
      Nie miałam już o czym myśleć... w sensie nowości. Cały czas krążyłam w kółko z jednym i tym samym - od rodziców, przez Pooję, po misję... która zaraz ma stać się moją codziennością.
       Po raz kolejny zajęłam się analizowaniem mojego życia porównując go z procesem powstawania holofilmu czy holoserialu. Czy każdy scenariusz, który Moc dla mnie przygotowała, przedstawiłam tak, jak powinnam? Odegrałam dobrze role? Może postąpiłam inaczej niż powinnam, po swojemu i Moc mnie każe. Albo każdy ponosi konsekwencję czyjeś złej decyzji. Prawdopodobnie to ktoś, a nie ja, nie posłuchał reżysera, Mocy, więc podążył inną ścieżką rozwalając cały projekt - czyjeś życie.
     Najgorsze jest utknięcie w miejscu. Ja utknęłam. Z resztą - każdy utknął, każdy ma w swoim życiu taką sytuację, że bez względu na to, jakby się starał, będzie się odnosić do niej aż do usranej śmierci.
      W końcu udało mi się zamknąć oczy.

      Zanim zasnęłam, przysięgam, byłam pewna, że będę się co chwilę budzić, a ostatecznie Ahsoka musiała dość głośno krzyknąć abym w końcu wstała. W pośpiechu przebrałam się i pognałam na śniadanie.
      - Mamy niewiele czasu - oświadczył Obi-Wan.
      - Wiem, przepraszam. Nie mogłam zmusić się do snu wieczorem - odpowiedziałam.
      - Pewnie się trochę przejmujesz. Na miejscu będzie o wiele łatwiej - stwierdził Obi-Wan.
      - Pewnie masz rację - potwierdziłam.
      - Nie brzmi to optymistycznie w twoich ustach - zwróciła uwagę Ahsokę.
      - Ale pokładam zaufanie w waszych słowach.
      - To wy macie większe doświadczenie - wtrącił Luke.
      - Właśnie.
    - Żeby zdobyć doświadczeni, potrzeba odwagi i chęci do podjęcia działań. To przeszłość nas kształtuje, ale najpierw trzeba ją utworzyć - pouczył Kenobi.
     - Zbyt wielka wiara w siebie potrafi zaślepić - przypomniałam.
     - Wy jesteście na tyle mądrzy, że dacie radę to zróżnicować.
     - Geny to nie wszystko. - Słowa Luke'a zabrzmiały zbyt ostro.
    - Nie mówimy o genach. Wykorzystanie ich zależy od waszych chęci. A kiedy już pojmiecie potrzebną wiedzę, zaczniecie się kształcić, to nabędziecie wiedzę. Wtedy geny nie wchodzą w grę. One nie odegrają wielkiej roli w tym, co zrobicie - odparł spokojnie mentor.
      - HoloNet i tak powie o nas jak o dzieciach Amidali i Skywalkera - przerwałam.
      - Czy to ważne? - spytała Ahsoka.
      Trafiła w samo sedno.
      - No... nie.
     Czym ja się przejmowałam? Nie jestem osobą publiczną, nie muszę się przejmować opinią. Jestem Jedi i bez względu na moje dziedzictwo, nikt nie ma prawa odebrać mi spokoju i tajemnicy jaką zawsze dawał mi Zakon.
      - Więc?
      - Bierzmy się do roboty.

    Żołądek oraz reszta wnętrzności zaczęły szaleć kiedy trafiłam na pokład naszego statku. W cywilnych ubraniach wyglądaliśmy dziwnie. Byłam ubrana mniej dziewczęco niż powinnam, ale nadal wyglądałam tak, jak powinnam: na córkę człowieka dysponującego dużym zasobem kredytów. Moja czarna tunika na długi rękaw została zakupiona u najlepszego krawca na Naboo, który szył suknie dla mojej mamy. Zdobienia były minimalne, ale dobitnie pokazywały statut. Idealnie dopasowała się do getrów w piaskowym kolorze. Zauważyłam, że Ahsoka ma najzwyklejszy zestaw jaki mogła zdobyć.
      Poczułam się głupio. Bardzo wygodnie mi było w moim stroju, nawet nie zwracałam uwagi na jego koszt. Nie przeszkadzała mi jego cena, mama jako królowa i senator pozostawiła mi i bratu bardzo dużą ilość kredytów. Rzadko kiedy w ogóle ich używamy. Ubrania do tej misji opłaciliśmy z własnej kieszeni, tak samo kostium Obi-Wana. Wszystko po to by zapewnić sobie jak najlepszy kamuflaż. Ahsoka nie chciała byśmy robili to dla niej. Obi-Wan nawet jej nie przekonywał do innego zdania.
      - A więc tak - zaczął Kenobi kiedy wskoczyliśmy w nadprzestrzeń. - Udajemy rodzinę.
      - Ty jesteś jej głową? - domyślił się Luke.
      - Czemu pytasz? Nie zdradził ci planu? - zapytałam brata. Zdziwiłam się.
      - Jesteśmy wobec was sprawiedliwi - odpowiedziała Ahsoka.
    - Tak, jestem głową rodziny. Wy moimi dziećmi. Matka została postrzelona pod koniec wojen klonów. Zachorowała, była warzywem i niedawno umarła. Szukamy miejsca gdzie nie będziemy przejmować się polityką. Taka trauma.
      - A Ahsoka? - wtrącił Luke.
      - Służąca - odparła.
      - Nie! - zaprotestowaliśmy oboje.
      - Tata by nie pozwolił! - krzyknął Luke.
    - Anakina nie ma. Poza tym, jak inaczej wytłumaczycie togrutankę przy sobie? Właśnie - wyjaśniła.
      - To tylko pozory - uspokajał Obi-Wan.
      - To i tak za dużo. - Byłam zła. - Jeżeli Moc może...
      - Anakin zrozumie - stwierdził Mistrz.
      - Nie jesteś tego pewien - założył Luke.
      Siłował się przez chwilę wzrokiem ze swoim mentorem.
      - Nie jestem - przyznał Kenobi.
______________________________________
Powiem tak, jak tylko mam okazję to się rozleniwiam, a nie ma takich chwil wiele, serio. Zwłaszcza od dwóch tygodni. Zacznijmy od tego, że przedostatni miesiąc, nie było dnia, w którym bym się nie uczyła, a ostatnie dwa tygodnie to był dramat... codziennie pisałam po parę prac, uczyłam się po pierdyliard zagadnień na raz i zaczynałam rzygać słysząc co lekcje "Napiszecie to wtedy i wtedy, abyście mieli oceny przed praktyką"... Jutro mam kartkówki, a we wtorek sprawdzian z matmy, bo napisałam na jedynkę. Ciekawe czemu, kurde...
Mam nadzieję, że na praktykach odpocznę i zacznę znowu czytać i pisać.

NMBZW!

niedziela, 1 marca 2020

Rozdział 16

      Wczesnym rankiem, kiedy korytarze Świątyni Jedi były całkowicie opustoszałe za sprawą trwania pory snu, obudziła mnie Ahsoka. Potrząsnęła mym ramieniem, co niewiele pomogło. Odpowiedziałam jej mruknięciem niezadowolenia.
         - Dwadzieścia minut do narady - oświadczyła Tano.
      Gwałtownie podniosłam się do pozycji siedzącej, a moje powieki od razu się otworzyły. Powstrzymałam ziewnięcie, to nie czas na marzenie o słodkim śnie.
       - Mogłaś tak od razu! - zganiłam ją.
       Szybko zerwałam się z łóżka i ruszyłam do drzwi, lecz w ostatniej chwili zawróciłam by posłać swoje łóżko. Jedi żyli w harmonii, a jednym jej odpowiedników był ład. Mówi się, że reprezentujemy to, co mamy w głowie. Choć nie bardzo mogę to do siebie odnieść, bo jako Jedi mam wpojoną rutynę sprzątania, to zgodzę się zupełnie. Porządek oznacza, że przestrzegamy kodeksu, jesteśmy poukładani w uczuciach, myślach. Robimy to, co dobre.
      No właśnie, nikt nie jest czarnym charakterem we własnej historii*, więc według nas, Jedi robią dobrze. Według Zygerrian, to oni robią dobrze. To dziwne, ale tak już jest. My  nie jesteśmy uważani za antagonistów, ponieważ żyjemy i walczymy by chronić innych, chociaż podczas wojen klonów reputacja Zakonu bardzo ucierpiała. Nadal trudno nam odbudować wiarę w nas, bo Zygerria wypowiedziała nam odwet. W każdym razie, za każdym razem, kiedy rozmyślam nad tym wszystkim, zawsze dochodzę do jednego wniosku - Jedi nigdy nie uznawali się za nie wiadomo jakich czystych. Też mamy w sobie zło, niektórzy przechodzą na ciemną stronę Mocy, musimy wiele w nas tłumić, by nie siać spustoszenia.
      W skrócie - nasze życie opiera się na wyrzeczeniach. Gdyby nie rezygnacja z tak wielu udogodnień, emocji, myśli, nie istniałabym... w sensie Zakonu by nie istniał. Jakby nie patrzeń jestem w nim jednostką, która zrodziła się z nieprzestrzegania zasad... i nadal w nim żyję, mam rodzinę! Co za dziwna hipokryzja, ugh!
       Kiedy znajdowałam się już w pobliskim odświeżaczu, umyłam twarz oraz oczy ciepłą wodę, co od razu mnie rozbudziło. Większość osób preferuje zimną, ale ja do nich nie należę. Nie mam czasu, ochoty, ani potrzeby, aby nakładać na siebie jakieś kosmetyki. Nie mogę również sobie na to pozwolić w przeciwieństwie do mamy. Pomimo spadku, jaki mi został po wysokiej posadzie, to zgodziłam się żyć w niewielkim dobytku, jaki dostają Jedi. Kredyty mojej rodzicielki są na koncie bankowym i czekają.
       Tylko na co czekają?
      Przeczesałam szybko włosy, nie miałam czasu na wymyślne warkocze, zajmę się tym później, więc tylko przewiązałam je rzemykiem.
       - Możemy iść - oświadczyłam, gdy wyszłam z odświeżacza. Zanim się do niego udałam, szybko przebrałam się w czysty uniform oraz założyłam buty, więc byłam już całkowicie gotowa. Do spotkania zostało jakieś trzynaście minut.
      - Cieszę się - uśmiechnęła się Ahsoka i ruszyła przed siebie u mojego boku.
      - Jak wiele dzisiaj ustalimy? - zapytałam.
      - To, jak dotrzemy na Tatooine - odparła.
      - Już?! - zdziwiłam się.
      - Już. Ale to dopiero pierwsza faza, więc nie ekscytuj się. Nie wiemy, kiedy wyruszamy. A raczej, ja nie wiem - sprecyzowała.
      Resztę drogi odbyłyśmy w ciszy. W takich chwilach korzystałam z okazji, iż mogłam się trochę porozglądać i porozmyślać. Dość często zatapiam się w swoich wspomnieniach i wyobrażeniach starając się nie wykraczać poza granice, które mam wyznaczone jako Jedi.
      Weszłyśmy do centrum dowodzenia.
      - Witajcie - powiedział na nasz widok Mace Windu.
      Stanęłam ramię w ramię z moim bratem. Uśmiechnęłam się z satysfakcją - w końcu dostaliśmy tę misję. Możemy się wykazać.
     - Zaczynajmy. Na Tatooine wyruszycie jako rodzina, Obi-Wan jako ojciec, a wy jako dzieci. Ahsoka będzie grać waszą... służkę. - Korun nie owijał w bawełnę, gadał od razu, bez ogródek. Tak powinno być już dawno.
      - Tak długo zajęło wam wpadniecie ten pomysł? - zakpiłam i od razu ugryzłam się w język. Dzięki, tato, naprawdę potrzebowałam twojej pyskatej natury. To oczywiste, że szukali poszlak, ugh.
      - Ucisz Anakina Skywalkera siedzącego w twoich genach - upomniał z uśmiechem Ki-Adi-Mundi.
      Zaczęło mnie zastanawiać jak wiele łączy go z jego siedmioma dziećmi i pięcioma żonami. Ten śluby były od tak, czy łączyło go z nimi coś więcej? O dzieci dbał jak należy? Właśnie, ilu z nich to mężczyźni? Wiem, że ma jedną córkę, co mnie wcale nie dziwi - kobiet rasy Cerean jest od groma, a niski wskaźnik męskiej części tej rasy nadal nie wzrasta.
      - Wiemy, że mamy szukać jednej z części broni - zagadnęłam.
      - Nadal nie wiemy jaka broń, jak to wygląda, jakich jest rozmiarów. Nasz wywiad coraz częściej podsyła informacje jasno oznaczające, iż mamy być gotowi.
       - Przecież to sprawa Huttów - zauważyłam.
       - Ale jeżeli uruchomią broń, to będzie również nasza.
       - Wiemy, gdzie szukać?
       - Będziecie musieli przeczesać całą pustynię - odparł Ki-Adi-Mundi.
      - To samobójstwo - zauważył Obi-Wan. - Przyjedziemy jako rodzina i zaczniemy wychodzić na pustynię w poszukiwaniu... nie wiadomo czego.
      - Tam jest pełno ludzi pustyni. Jeżeli Anakin... - zaczęła Ahsoka.
      - Co ma Anakin do ludzi pustyni? - zdziwił się Windu. - Anakina nie ma, nie rozumiem do czego dążysz.
      - Nieważne - zrezygnowała Tano.
      - Czyżby? - zapytał Luke.
      - Naprawdę.
     - Wyruszacie za trzy dni. Możecie korzystać z pomocy innych, ale nie zdradzajcie się. Przy Naboo będą stacjonować krążowniki Repubiki, gdybyście potrzebowali pomocy.
______________________________________
* George R. R. Martin - celowo nie dałam w cudzysłowie, ponieważ to SW, aczkolwiek tutaj zaznaczam czyje to słowa, które tak bardzo mi się tu wpasowały i chodzą mi ostatnio po głowie.
Napisałam ten rozdział dawno, ale to chyba jedyny dobry rozdział, bo potem jest gorzej ;-;
Zgadnijcie kto dziś dał szansę Rebelsom! Ta, to ja.
Jeżeli jesteście zainteresowani, to uzupełniłam stronę o mnie.
Ciężkie dwa tygodnie za mną, teraz trzeci i jazda na praktyki. Trzymać kciuki za mój konkursik z histy.

NMBZW!

niedziela, 16 lutego 2020

Rozdział 15

      Symulacje to coś, co pochłonęło połowę mojego młodego życia. Właśnie, mojego. Mój brat spędza tam o wiele więcej czasu, bo nie zawsze mu pozwalają na popisanie się swoim talentem pilotażu. Można to uznać za geny, nasz ojciec został okrzyknięty najlepszym pilotem Zakonu, zaraz po nim Ahsoka. Teraz Luke może ich prześcignie... może nie tatę, ale Tano na pewno. Nie żebym nie wierzyła w swojego brata, zwłaszcza, że uczeń przerasta mistrza, tak więc zdobycie pierwsza jest bardzo możliwe. Po prostu wątpię, że Luke zechce tak... naruszyć jedno z pamiątek po tacie. Anakin Skywalker nie miał sobie równych.
       Nigdy nie mogłam dogonić brata w pilotażu. Chyba bardziej nadaję się do polityki, choć nie czuję się w tym jakoś pewnie. Myślę, że o wiele lepiej sobie radzę za sterami, ale wieczne ściganie się z Luke'm mnie znudziło.
     Tego dnia zostałam przed ekranem i jednym okiem obserwowałam jego starania. Bardziej pochłonęły mnie raporty i dokumenty, które przesłałam z archiwum do swojego datapadu. Każdy przygotowywał się do misji, jak mógł. O dziwo, w tym wypadku chciałam zostać w roli negocjatora. Jestem świadoma, że symulacja bardzo mi pomoże, bo wszystkie umiejętności w tej misji się przydadzą. Luke również powinien przestudiować niektóre zapiski. Oboje uważamy, że mamy sporo czasu, aby to nadrobić. O ile w przypadku mojego bliźniaka może zostać to pominięte, ja mogę zginąć, jeśli nie przećwiczę tego i owego. Nawet jeśli według mnie umiem wystarczająco, to nigdy nie jest dość.
      Podniosłam wzrok z datapadu, kiedy Luke po paru godzinach wyszedł zza konsoli symulacji gdzie przeżywał jedną z misji. Automatycznie oczy zaczęły mnie szczypać z przemęczenia. Za długo patrzyłam w ekran urządzenia i przez cały czas czytałam ciągi słów. Obydwa przypadki nie są niczym nowym, nawet flimsiplast nie zadziałałby na mój wzrok jakoś lepiej.
      - Powinnaś choć chwilę ze mną poćwiczyć - zaproponował Luke.
    - Wiem, następnym razem - obiecałam uśmiechając się łagodnie. Musiałam trochę dziwnie wyglądać, kiedy całkowicie rozluźniona leżałam krzywo na krześle i a wyprostowane nogi trzymałam na konsoli.
      - Czyli jutro - postanowił mój brat. Brzmiało to, jakby mnie karcił za całe dnie lenistwa.
    - Eee... - zastanowiłam się krótko. - Jeszcze następnym? - zaproponowałam z nieśmiałym uśmiechem. Z jednej strony faktycznie nie byłam zbyt przekonana, ale z drugiej, żartowałam. Ten trening jest mi potrzebny.
      - Nie - zaprzeczył Luke.
     - No wiem, ale za to ty, jutro i pojutrze, po treningu, przeczytasz artykuły, które ci prześlę - poleciłam mu z poważną miną, ale nadal łagodnym głosem.
      - Kompromis - zgodził się.
      - Dokładnie.
      - A teraz idziemy coś zjeść - postanowił, a ja zgodziłam się skinieniem głowy.

     Na stołówce usiedliśmy przy Ahsoce. Dwudziestodwuletnia Ashla uśmiechnęła się do nas. Wróciła z misji, została padawanem Ki-Adi-Mundiego. Chciano ją przydzielić do Shaak Ti, ale wierzono, że wisi nad nią klątwa - każdy jej padawan ginął. Chyba dobrze się stało, bo naprawdę ma talent, ale Mistrz Mundi nadal nie spieszy się z nadaniem jej tytułu Rycerza Jedi. Nie znalazł jeszcze odpowiedniej próby dla niej. To trochę przykre, zwłaszcza, że Ahsoka miała zostać padawanem już wieku niespełna dwudziestu lat, podobnie jak mój tata.
      Ale Anakin Skywalker to Anakin Skywalker. Tak, wiem, głupie usprawiedliwienie, wręcz żadne, lecz taka jest prawda. Mój tata był uznany za Wybrańca, a ponadto, w bardzo krótkim czasie, stał się zdolnym Jedi. W tym momencie, ani mi, ani mojemu bratu, nie jest mi to na rękę - nawet gdyby rodzice żyli. Wszyscy mają wobec nas oczekiwania, że skoro jesteśmy dziećmi Wybrańca, to stać nas na nie wiadomo ile.
      - Jak na symulacjach? - zagadnęła Tano.
     - Luke sobie dobrze poradził - odpowiedziałam, po czym wsadziłam do ust kawałek warzywa i zaczęłam je rzuć bez pośpiechu.
     - Luke? A co z tobą? - zdziwiła się moja mistrzyni. Położyła założone ramiona na stole przesuwając lekko tacę. Wydawała się niezadowolona.
       - Ja czytałam. Jutro pójdę na symulacje, a Luke po symulacji będzie czytał dokumenty, które mu prześlę. Tak się z nim umówiłam - wyjaśniłam.
     - Twoje zaniedbania symulacji mnie martwią. Jutro przedłużysz swój trening w symulacji o połowę. Pojutrze też, żeby wyrównać dzisiejszy brak. Ja z Tobą. Wiesz dokładnie, że każdy trening się liczy, o ile dokumenty...
     - Można pominąć, to treningu fizycznego nie - przerwałam jej. - Negocjacje można wygrać improwizacją, sprytem, głupotą. A w walce jak zginiesz, to nie ma odwrotu. - Powiedziałam coś co każdy z nas wie.
      - Więc rozumiesz swój błąd - stwierdziła Ahsoka i wróciła do swojego posiłku.
      W tym momencie powinnam się obrazić jak dziewczynka, bo jak to moja najbliższa ciocia, która obiecała się nami opiekować, zawsze nam szła na rękę, nagle mnie ukarała dłuższym treningiem. Tak naprawdę jestem jej za to wdzięczna. Nie uginam się pod jej upominaniem, rozumiem w pełni, bo wszystko, co robi, robi dla mojego dobra. Jest surowa, bo powinna być surowa. Koniec dobroci dla dzieci, ja dorastam, ja walczę za Republikę i chcę żyć - żyć tak, aby rodzice byli ze mnie dumni. Ahsoka mnie uczy, bo obiecała mnie nauczyć wszystkiego, co konieczne. To część naszego wychowania, którego się podjęła, choć czasami, według Obi-Wana, w chwilach osiągnięcia satysfakcji, przypominała Anakina. Oczywiście, oboje zmądrzeli, kiedy zostali mentorami. On zrozumiał nauki Kenobiego i przeniósł je na padawankę, a teraz ona zrozumiała Skywalkera i przenosiła to na mnie. Luke ma trochę łatwiej.
    - Czy są nowe informacje? - zapytałam nieśmiało.
    Ahsoka podniosła wzrok z nad tacy.
    - Tak. Będą ustalać porę narady.
___________________________________________
Nie wnikam, nie mam jakieś wielce spoko wytłumaczenia. Nie pisałam za bardzo od one-shotów na święta 2018, więc cienko. Jedynie przez lipiec coś pisałam na "If We Wanna" czternaście rozdziałów i się zatrzymałam. Tu brak pomysłu, więc kompletna pustka, ale teraz od 1 lutego wena i piszę!
Może 2019 musiałam mieć dla siebie? Jako typowa nastolatka?
W każdym razie - wracam!
Następny rozdział za dwa tygodnie, dam wam czas na przyswojenie tego, na wyświetlenia, a potem co tydzień!

NMBZW!

niedziela, 15 września 2019

Rozdział 14

    Minęły dwa dni od mojej rozmowy z Pooją. Nie ukrywam, że strasznie się denerwowałam w związku z tym. Miałam nadzieję, że się wyrobi w tym czasie, ale jednak musiało jej to zająć o wiele więcej czasu niż sądziłam. No cóż, nie oceniałam, do takich spraw naprawdę trzeba się odpowiednio przygotować i znaleźć dobry moment.
      Niestety moja misja na Naboo dobiegła końca, mogłam wracać, bo wysłano na zmianę Stass Allie. Nie żebym jakoś narzekałam, bo strasznie pragnęłam powrotu i skupienia się na Tatooine, lecz trzymała mnie tu sprawa rodzinna. Kto by się spodziewał, że tak to się wszystko skończy?
     Ostatni raz odwiedziłam grób rodziców, nie wiedziałam kiedy jeszcze tu wrócę... czy w ogóle wrócę. Jeśli moje zadanie na piaszczystej planecie ma być tak trudne, jak mówią, to nie jestem w stanie ocenić długości mojego życia. Nie żeby mnie ono znudziło, chciałam ciągnąć swą egzystencję i fajnie by było wyjść cało z każdych niebezpiecznych misji.
     Zastanawiałam się również nad tym, kiedy spotkam Pooję. Jakie to niewiarygodne, że jedna rozmowa tak bardzo mogła wszystko zmienić! Obdarzyłam ją taką sympatią przez jej odwagę, że zaczynałam czekać na kolejną pogawędkę. W końcu, to nie ja wyciągnęłam pierwsza dłoń, tylko ona. To świadczyło o mnie, że jestem tchórzem? Może nie? Po prostu nie widziała mi się z nią rozmowa, nie wiedziałam też na czym stoję. Jak miałam być śmiała, skoro całe życie żyłam w przekonaniu, że moja biologiczna rodzina mnie nienawidzi?
     Zatrzymałam się chwilę na rampie statku i spojrzałam na Theed. Jednak nie było aż tak źle, jak się obawiałam. To miejsce tętniło życiem i spokojem, nieważne co by się działo. Nawet miejscowe konflikty nie miały wpływu na zaburzenie charakteru tej ostoi - zawsze będzie się tu dalej wojny niż bliżej.
     Właśnie: wojna. Kompletnie o niej zapomniałam, ale o to właśnie tu chodzi. Tu się dzieją własne spory, mniej ważne od wojny, ale pochłaniające nas doszczętnie. Mam wrażenie, że niewiele dała mi ta wyprawa. Prędzej się pogubię w rzeczywistości czekającej na mój powrót, niż wykażę się cierpliwością.
     Weszłam na pokład, by zabrano mnie wśród gwiazdy.

     Połowę drogi przespałam.
     Jestem zbyt senna ostatnio - albo po prostu znużona.
    Czekam na swoje codzienne obowiązki, choć wiele razy miałam nadzieję, że w końcu mnie wezmą gdzieś i odpocznę od niej. Jednak rutyna, to najlepsze co może być. Reszta jest bardziej męcząca niż się wydaje.
    Mimo wszystko, mój odpoczynek nie wróżył nic dobrego - na Coruscant już zachodziło słońce, a ja byłam bardzo rozbudzona. Zarwę dość dużo nocy, a jutro zaprezentuję sobą człowieka w złym stanie emocjonalnym i fizycznym. Zapowiada się ciekawie.
    Kiedy stanęłam na powierzchni lądowiska, nie wiedziałam czy się cieszyć czy smucić. Ta wyprawa mnie zmęczyła, ale tak bardzo zadowoliła. To jedne z tych podróży, które okazały się naprawdę dobre pomimo wielu przykrych chwil. Moja rodzina ma szansę na zjednoczenie.
     Luke wyszedł mi na spotkanie.
    - Wydajesz się być bardzo radosna - zauważył.
    - Mam ci wiele do powiedzenia - odpowiedziałam. Zastanawiałam się jak zareaguje. Wydawał się być beztroski przez całe życie. A może to maska. Wiem co się kryje w jego głowie, ale nawet przede mną jest w stanie wiele ukryć. Są rzeczy, które lepiej zachować dla siebie - nie tylko dlatego, że komuś może się to nie spodobać, lecz tak jest po prostu łatwiej. Nikomu nie musimy się z tego tłumaczyć.
       Czasem... no dobra: często się sobie dziwię, że tak się wszystkim przejmuję. Aż za bardzo. Taka już po prostu jestem, ale to pomaga mi spojrzeć na wiele rzeczy obiektywnie. Ma to też swoje złe strony, do tej pory spędza mi sen z oczu to, jak inni ze mną potrafią wytrzymać. Wychodzę na panikarę, choć według mnie jest to czysta roztropność. Poza tym, można wiele tym osiągnąć. Nie od razu, bo na wszystko jest potrzebny czas.
      - Rozmawiałam z Pooją - wyznałam mu, kiedy tylko pozwolono nam się oddalić. Złożenie raportu Ahsoka wzięła na siebie, ale i tak będę musiała się później pofatygować, aby dopełnić go swoją wersją.
      Na twarzy mojego brata pojawiło się zdziwienie.
     - Jak tego dokonałaś?
    - Sama do mnie przyszła. Chce porozmawiać z babcią i dziadkiem. Wyjaśnić ten niedorzeczny konflikt. Sama nie wie, jak taka głupia błahostka mogła poróżnić ich z mamą. Nie zrozum mnie źle, rozumiem ich zachowanie, dużo ryzykowali tym małżeństwem, ale skoro wszystko zostało zostało wyjaśnione z Zakonem. Zatwierdzone, jest zgoda... to po co dłużej się dąsać?
    - Masz rację, może uda nam się kiedyś z nimi nawiązać kontakt. Może Pooji się uda ich jakoś namówić, zmienić ich nastawienie na nieco łagodniejsze. Tylko szkoda, że tak późno. To nie chodzi o nas, tylko o naszą matkę. Ona już nie żyje, a jej żal odbija się echem w Mocy - stwierdził mój bliźniak.
      - Dobrze, że im wybaczyła. Na pewno im wybaczyła - upierałam się.
     - Nie wątpię, ale chciałbym znać jej opinię. Nasze wyobrażenia są na podstawie wspomnień, z których niewiele da się wyciągnąć. Znamy skrawek ich życia i myślenia. Reszty możemy się domyślić przez opowiadania Ahsoki i Obi-Wana, a ich perspektywa, to nie całkowita prawda.
_________________________________________
Czy jest sens nadal to pisać? Ktoś to w ogóle czyta?

NMBZW!

niedziela, 8 września 2019

Rozdział 13

       Dzień zaczął się podejrzliwie spokojnie. Zawsze byłam dziwnie przezorna, aż do przesady. Nawet tym razem. Jednak nie spodziewałam się, że zło zjawi się znienacka, czy coś w tym stylu. Po prostu... dziwnie się czułam. Nie chodzi o samopoczucie, ale jakby o ocenę czegoś z perspektywy trzeciej osoby.
      Wstałam z uśmiechem na twarzy, bo obiecałam to sobie. Stwierdziłam, że skoro mam zmienić coś w swoim życiu, to od razu. Wiem, że nie powinnam się uśmiechać sztucznie, więc starałam się tego nie robić. Postanowiłam łapać pozytywne  aspekty z ostatnich dni i radość przyniosła mi dobrze wykonana misja. Moc mi sprzyjała, więc to też uznałam jako powód do cieszenia się.
      Ale czy to niezbyt szablonowe?
     Przecież uśmiech to po prostu uśmiech, co on nam da? Zawsze można go sfałszować i nikt niczego się nie dowie. To jak maska na wszystkie okazje - najlepiej się sprawdza w trudnych chwilach, zwłaszcza, jeśli jest się dobrym kłamcą.
     Ale to przecież katalizator. Gdybym się tego nie podjęła w odpowiednim momencie, to kto wie, kiedy bym się zdecydowała ponownie. Takie małe kroczki jak: uśmiechanie się, nabranie dystansu do pewnych rzeczy, czerpanie radości z czego się da... to wszystko może na nas wpłynąć naprawdę pozytywnie. Dzięki temu osiągniemy to, czego pragniemy. Bohater zawsze zaczyna od zera, lecz nieważne co zrobimy dla świata, czy innych. Najważniejsze jest to, jaki sukces osiągniemy sami w sobie. Nie każde zwycięstwo oznacza satysfakcję. Jeżeli uda mi się dopiąć swego, to zdobędę jeden z ogromnych szczytów stworzonych przez przyszłość, a ona nie jest sprzymierzeńcem jeżeli chodzi o wyznaczanie prostych dróg.
     Nie chciałam tego dnia myśleć o tych wszystkich rzeczach, o których myślę na codzień. Chcę zmienić swoje życie... chcę, ale nie każdy mi w tym pomaga!
      Bałam się spotkania z kuzynką, ale kiedy właśnie w ten dzień postanowiłam być obojętna na moją beznadziejną sytuację w związku z rodziną, ona pokrzyżowała mi plany. Nie, że się pojawiła i wszystko zniszczyła, wróciłam do tego, czego chciałam już unikać... to było prawdziwe spotkanie. Całkowicie realne!
      Postanowiłam w końcu przemierzyć cały pałac. Przyjrzeć się mu we wszystkich możliwych kątach, do których miałam dostęp. Nie zamierzałam nikomu wchodzić do łazienki czy coś, moja ciekawość nie jest aż tak wygórowana, nie przesadzajmy.
     Szłam jednym z korytarza i nagle, jakby się zmaterializowała, Pooja Naberrie wychodzi zza zakrętu i patrzy na mnie jak wryta. Ja od razu opanowałam swój szok i kroczyłam przed siebie jak gdyby nigdy nic. Zrobiłam głęboki wdech i stopniowo wypuszczałam powietrze z moich płuc. Tak, wiem, dziwne - Jedi mają przecież inne metody na przywrócenie do siebie spokoju, powinniśmy wyzbywać się złych emocji od razu po ich pojawieniu, aczkolwiek rozwiązania społeczeństwa też są skuteczne.
      Z każdym krokiem dzieliły nas coraz to mniejsze odległości. Kiedy między nami zaistniała odległość jakichś trzech czy czterech metrów, z jej ust wydobyły się następujące słowa:
       - Leia Amidala Skywalker?
      Stanęłam jak wryta, po czym spojrzałam na nią zapominając o oddychaniu. Czułam jakby runął mój cały idealny świat... idealny w sensie, że jakoś poukładany, bez większych problemów. Może też nie "runął", ale na pewno jakaś harmonia w nim została przez nią zachwiana.
      - Trochę czasu mi zajęło odgadnięcie tego, kto się kryje pod kapturem szaty Jedi - zaczęła. - Następnie drugie tyle, żeby zebrać się na tę rozmowę.
      Z moich oczu musiała razić ogromna podejrzliwość - jak zawsze w takich momentach - a na twarzy nie malowała się żadna emocja. Uważam, że nie mam problemu z zawieraniem nowych znajomości, ale moja postawa musiała ją... spłoszyć? Cofnęła się ostrożnie o jeden krok.
      Zastanawiałam się nad tym, co jej powiedzieć.
      - No cóż... - I to w sumie wszystko, jeśli chodzi o moją pomysłowość.
    Wydawało mi się, jakby Pooja czekała na coś więcej... Leio, przecież czeka, aż rozwiniesz swoją myśl! Ugh! Co się stało z całą moją nabytą inteligencją, kiedy jej najbardziej potrzebuję?! Wyparowała?!
      - Nie wiem co powiedzieć. - Przynajmniej trzymam się prawdy. To się ceni.
      - Nie dziwię ci się - odpowiedziała.
      Żartujesz.
     - Jakby to powiedzieć...
      - Najlepiej najprościej. - Ugryzłam się w język.
      - Masz rację. - Brawo za spostrzegawczość, siostro... raczej: kuzynko.
     Stałyśmy w milczeniu. Ja czekałam aż ona w końcu podejmie rozmowę. Czy ona oczekiwała czegoś z mojej strony? Nie wiem, nie umiem czytać w myślach. Nawet nie wiem co mam jej powiedzieć, to nie mnie babka odtrąciła od niej, tylko na odwrót!
      - Nie miałam jak się z tobą skontaktować. Nie chodzi o metody, ale... nie miałam wiele lat, więc nie pojmowałam co się dokładnie dzieje - powiedziała. - Kiedy was zobaczyłam, nie wiedziałam czy mogę podejść, poza tym, ani babcia, ani dziadek... nawet rodzice do was nie podeszli. Trzymali mnie i moją siostrę blisko siebie. Nie miałam kontaktu z ciocią Padme przez pięć lat. A po pogrzebie nikt już o was nie mówił. Nie wiem co siedzi w głowach naszej rodziny, ale ja tego nie chcę dalej ciągnąć. Chcę mieć kuzynkę, żyć z nią w dobrych relacjach. Wiem, że nie przyjdzie ci to od tak. Ale chcę cię poznać. Ciebie i twojego brata.
      W ciszy wyczekałam aż skończy.
     - Nie spodziewałam się tego - przyznałam, kiedy przetrawiłam jej słowa. - Nie możemy oceniać babci i dziadka. Nie wiem co im siedzi w głowach, znam pogłoski, więc moja ocena bierze się właśnie z nich. Całe moje życie niesprawiedliwie ich oceniam, bo nie znam ich motywów. Ale najwyraźniej tak musiało być. Staram się ich usprawiedliwiać, że chcieli dobrze. Ich poczynania są dziwne, ale w jakimś stopniu trafne. Czy gdyby twoja córka naraziła Jedi, nie zdenerwowałabyś się? - zapytałam.
     - Pewnie tak. Mógł przez z nią zostać wydalony z Zakonu, stracić szansę na coś wielkiego - zgodziła się Pooja.
       - Ale przyniosła wiele dobrego. Może im głupio. Nikt się tego nie dowie - stwierdziłam.
    Naberrie pokiwała głową, ale nagle spojrzała na mnie z błyskiem w oku. Takim charakterystycznym, który zwiastuje świetny pomysł... zależy z jakiej perspektywy się patrzy.
      - Ja mogę - oznajmiła.
      Ściągnęłam brwi.
     - Jak? No chyba nie chcesz z nimi porozmawiać. Przecież wzbraniają się od tego - przypomniałam.
      - Tak, ale nie mogą wiecznie milczeć w tej sprawie. Najwyżej się z nimi pokłócę. Daj mi szansę. Moja próba ci się należy. Nawet jeśli się nie uda, to przynajmniej się wstawiłam za tobą. Jesteś naszą rodziną i nic tego nie zmieni. Nie zaufasz mi, to pewne.  Ale chociaż pozwól mi się do siebie jakoś zbliżyć i wynagrodzić ci te wszystkie lata - poprosiła.
      - Nie musisz mi niczego wynagradzać.
     Chciałam ją powstrzymać. Nie lubię jak ktoś się dla mnie niepotrzebnie naraża, jak robi wszystko, żeby ułatwić mi życie.
     - Muszę. Sumienie mi to podpowiada. Łączy mnie z tobą przymusowa miłość, a ja nie chcę takiej więzi. Chcę, żebyśmy się pokochały naprawdę. Chcę być dla ciebie prawdziwą siostrą.
__________________________________
Pierwszy, ciężki, tydzień za nami. Trochę trudno wrócić do normalności...

NMBZW!

niedziela, 1 września 2019

Rozdział 12

      Moje sumienie kłóciło się samo ze sobą. Wyjść z cienia i złapać ich na gorącym uczynku czy poczekać?
      Właśnie!
     Miałam powiadomić Ahsokę! Dwa razy wcisnęłam przycisk na moim komlinku udostępniając tym samym swoją lokalizację. Mam nadzieję, że się pospieszy. Jest ich dwóch, więc potrzebuję wsparcia. Jeśli jednego złapię, to drugiego spłoszę.
      Dalej przysłuchiwałam się rozmowie.
      - To mnie przerasta. Myślałem, że spłacę swoje długi - wyznał właściciel mieszkania.
     - Spłacisz, jak wypełnisz zadanie do końca. Federacja liczy na ciebie. Zmniejsz cenę surowca - zarządzał drugi.
      - Nie mogę. Próbowałem. Robiłem co się da. Brakuje mi argumentów. Poza tym, wasze prośby nie skończyły się na surowcach. Nie taka była umowa!
     - Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Federacja przygotowała dla was rozporządzenie. Potrzebujemy zaakceptowania. Robisz to w ciągu dwóch tygodni albo tego gorzko pożałujesz. Twoja planeta też.
      - Czyżby? - zapytał znajomy mi głos.
     Jak na sygnał zeskoczyłam z dachu i pojmałam grożącego. Byli tak zdezorientowani, że nie zdążyli uciec i nie mieli jak się bronić.
      - Co tak szybko? - zdziwiłam się.
     - Byłam w pobliżu. Wolałam być w gotowości, czułam, że będę ci potrzebna. A co do was... to czuję zapach kary - zwróciła się do naszych więźniów.
      - Byłem w tragicznej sytuacji! - bronił się członek rządu Naboo. - Muszę powiedzieć rodzinie...
      - Nie ma na to czasu. Potem będą mogli cię odwiedzić - zawyrokowała Ahsoka. - Dalej!


    Padnięta położyła się na łóżku. Chęć snu zmuszała mnie do zamknięcia oczu i oddaniu się ciemności.
      - Dobrze ci poszło - pochwaliła mnie mistrzyni.
      - Dziękuję. Ale to było zbyt łatwe - stwierdziłam.
    - Tak, ale nie zawsze ci się tak trafi. Moc tak chce. Ale trochę to potrwało. Pomyśl ile się nauczyłaś. Pamiętaj, najciemniej jest zawsze pod latarnią. Zazwyczaj to, czego pragniemy, mamy podane na tacy, to tylko my sami nie potrafimy z tego skorzystać. Ale to, czemu nie umiemy, to już jest kwestia indywidualna, zależna też od sytuacji.

      Przesłuchaniem zajęła się królowa wraz ze swoją gwardią. Niestety, to nie koniec mojej misji. Miałam zostać na Naboo jeszcze co najmniej trzy dni. CO NAJMNIEJ. Przecież ja tu oszaleję. Jedyne co robię to siedzę w komnacie, przysypiam. Rozważałam jeszcze odwiedzenie pałacowej biblioteki i komnaty, którą dobudowano na rozkaz mamy. Taka tradycja - każda królowa zlecała powiększenie pałacu, aby zostawić w pamięci nie tylko swoje rządy, ale też coś materialnego, swoją duszę. To dziwne... ogółem mam inne poglądy na ten temat, lecz nie chce mi się z kimkolwiek wykłócać. Ideologia Jedi, lepiej zostawić w swoim gronie.
      Znalazłam się w beznadziejnej sytuacji, z której pragnęłam wyjść. Wspomnienia co chwilę do mnie wracały. Już nie chodziło o samo zadanie, ale trwanie w żałobie od dziesięciu lat, zastanawianie się co rodzice by zrobili, jakby zareagowali na to co robię. Nie znałam ich za dobrze, większość ich zachowań czy cech charakteru kojarzyłam z opowieści innych, nie zawsze obiektywnych.
      Jestem jak uwięziona w klatce stworzonej ze wspomnień, nieodwracalnych wydarzeń oraz faktów. Z tak wielu sytuacji potrafiłam znaleźć jakiekolwek wyjście, a z tego nie. Co za ironia!
       Znalazłam się w sytuacji jak jakiś cywil. Wiem, że to brzmi rasistowsko. Przecież ja też jestem w jakimś stopniu cywilem, prawda? Po prostu jestem w jakieś klasie społecznej, Jedi nawet sami nie wiedzą w jakiej. Po prostu Jedi - nie są gorsi ani lepsi od innych. Obrońcy pokoju mają te same rozterki co wszyscy, ale nie mogą na nich skupiać tak dużej uwagi.
      Wszystko... większość przekładamy na Moc, staramy się wyciągać z tego naukę, przeobrażamy to w spokój i w harmonię, szukamy najłagodniejszych wyjść z potrzasków, nieważne jakich. W mojej sytuacji nie potrafię się odnaleźć. Czasem boję się, że skończę jak Aayla Secura. Nie dlatego, że nie potrafię przeżyć bez rodziców, ale nie mam oparcia w rodziców. Brakuje mi dzieciństwa, a dano mi na nie szansę, po czym odebrano. Mam dziwne niespełnienie w swoim życiu. To właśnie z tego więzienia nie mogę wyjść - braku.
      Dziwię się do tej pory, że nie zeszłam w mrok, jest we mnie tyle sprzecznych emocji. Nawet nie mam jak znaleźć kogoś komu zaufam, kto będzie moim nowym problem, któremu się oddam i zapomnę o uczepionym się mnie uczuciu.
      Tak naprawdę go nie chcę.
      Ileż można rozpaczać? Już dawno się z tym pogodziłam, jedynie co mnie trzymały to same fakty. Muszę przestać powtarzać sobie, że należy z kończyć z gdybaniem. Samo wmawianie sobie nic mi nie da, należy w końcu działać.
      Więc tak zrobię.
      Skończę z tym zaraz po wylocie na Tatooine.
      Teraz mam szansę.
    Na Naboo mam szansę przygotować się do następnego dnia. Nie dlatego, że mam tu testy sprawnościowe czy coś w ten deseń. Ale tu się wszystko zaczęło - gdyby nie konflikt na Naboo moi rodzice by się nie spotkali, to tutaj odbył się ich pogrzeb, to tu zaczęło się moje depresyjne i desperackie utworzenie sobie nowych wspomnień o nich. Tu to skończone. To zabrzmi głupio, ale chcę się odrodzić.
     Chcę się zmienić.
     Chcę zacząć żyć tu i teraz.
     Pod koniec własnego życia rozliczę się ze swoim sumieniem.
    Kiedy nadejdzie pora, dowiem się od rodziców to, na co czekałam, czekam i będę czekać. Nie wiem co to jest, ale jeżeli kiedyś spotkam ich po drugiej stronie, mam nadzieję, że zasłużę na dwa słowa.
    "Kochamy Cię".
    Obym im dała powód do dumy.
_________________________________
Tak, wiem, powinnam wrócić w środę!
Ale od środy do środy za szybko mi czas biegł, a niedziela to taka idealna była! Więc wracam do systemu niedzielnego!
Nie powiem, że jestem zadowolona z tych wakacji, jedynie udało mi się seriale pokończyć, książki były, ale nie zdążyłam z trzema, nah. Trudno. Ale za to przeczytałam dwie, których nie miałam w planach, więc nie jest źle.
Od czerwca pracowałam praktycznie codziennie i we wrześniu też mam pracować. Jedyne co było dobre w te wakacje, to jedno wesele (nie było dobre, ale przełamało jakąś rutynę), dwie osiemnastki i najważniejsze: PIĘĆ DNI u JAWY. Szczęście niepojęte!
Chcę wrócić do szkoły, lubię swoją szkołę, lubię ludzi, którzy tam są. Mam nadzieję, że wam się powiedzie w nowej klasie/szkole. Do której idziecie? Ja do trzeciej technikum.

NMBZW!

czwartek, 20 czerwca 2019

Rozdział 11

      Zanim się zebrałam, to zaczęło się ściemniać. Nie żebym miała jakieś obiekcje co do mojego wyglądu, że muszę schludnie się ubrać czy coś. Czemu ja się w ogóle tłumaczę? Jestem Jedi... a, no tak. Nie zwykłym (Jakby ktoś chciał mnie upomnieć: nie chodziło mi określenie "Niezwykły Jedi" - Kiwi) Jedi, tylko Jedi z przywilejami. No bo, jaki inny padawan ma swój własny dom? W każdym razie, mniej więcej chodzi o to, że nie stroję się w jakieś nie wiadomo jakie sukienki, ale niestety pozostaje problem fryzury. Mój problem polega na tym, iż: moje włosy są grube, ciężkie, długie i jest ich dużo. Tu raczej nie chodzi o mój wygląd, tylko bardziej o wygodę i zebranie ich wszystkich do kupy. No bo wiecie, wygoda nie zawsze wiąże się z funkcjonalnością.
      Zapytacie: czemu ich nie zetniesz?
    No właśnie, mam głupi sentyment. Pomyślcie: moja mama była senatorem, więc wymyślne fryzury stały się jej codziennością. Skoro matka ich nie ścięła za każdym razem, kiedy wyruszała na misję - a było ich sporo - to po co ja mam to robić. Choć to głupie, wiem, moimi włosami chcę jakoś uczcić jej pamięć. Poza tym, nie każdy może mieć włosy, więc cieszę się z tego, co mam.
      Poza ogarnięciem samej siebie i swoich włosów... dobra, przyznaję się, tego dnia sama z nimi się nie męczyłam, a zrobiły to służki królowej. Z jednej strony jest mi głupio, bo chciałam odrzucić pomoc królowej jeżeli chodzi o moje życie w pałacu, a z drugiej strony... skoro mam okazję, to czemu miałabym nie skorzystać? Poszło im to szybciej niż mi. No i miałam co innego na głowie. Idealnie na uratowanie świata!
      Najważniejsza rzecz: kiedy tylko mam możliwość - medytuję. Niektórzy tego nie potrzebują, a ja wiem, że sama z siebie dostatecznie się nie wyciszę, jak powinnam. Nie lubię działać porywczo, nawet najmniejsze zawahanie zaczyna mnie przerażać. A co jeśli zboczę ze ścieżki? Niby to nie jest możliwe przy tak małym ryzyku, ale potem skleja się to w całość i rośnie jedno wielkie zło, które mnie wypełni. Uczę się na błędach Ahsoki, ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie czuję się pewnie.
      To błąd.
      Niepewność też mnie sprowadzi na złą drogę.
    Wyruszyłam kiedy tylko granat zaczynał dominować nad pomarańczem zachodu słońca. Wybiegłam jednymi z którychś tylnych drzwi. Wyostrzyłam zmysły i zastanowiłam się, w jakich ciemnych zaułkach może się kryć jakiś spiskowiec?
      Chociaż... nie musi się ukrywać, może bezczelnie znajdować się na widoku, dla zmyłki. Szybko przypomniałam sobie spis publicznych miejsc Naboo, gdzie mógłby robić interesy moja ofiara. Zadanie miałam utrudnione, ponieważ to było jak szukanie wiatru w polu. Nie miałam nawet spisu podejrzanych.
      Ale przecież liczyli na mnie.
      Zaczęłam od najdalej położonej od centrum kantyny. Może mi to trochę zająć, bo to  na pewno nie handlowali informacjami tak bardzo na widoku i zapomniałam poprosić Ahsokę o spis i wizerunek osób, które służą w w radzie lub ogółem w pałacu. Wiedziałabym kogo szukać, wskazówka, a tak to muszę polegać na swojej Mocy i wyciszeniu. Przecież właśnie o to chodzi - żebym się więcej nauczyła. Polegają na moich umiejętnościach. Im lepiej i szybciej wykonam swoje zadanie, tym szybciej wrócę na Coruscant i przejdziemy do misji na Tatooine.
     Weszłam do do budynku. W powietrzu unosiła się woń alkoholu i zapach dziwnych substancji. Nie chciałam nawet zgadywać o to. Raz, nie interesowało mnie źródło smrodu, a dwa: w niczym by mi się to nie przydało. Albo... nie no, przecież nie miałam szukać różnych pachnideł czy używek, to nie moja rola. Poza tym, tego w galaktyce jest od groma i niewielu się tym przejmuje. Najważniejszy stał się odwet zygerriański, dlatego handlarze używek mieli otwarty rynek. Znalazły się sytuację, gdzie miejscowe policje planet zatrzymywały dealerów, wymierzały kary, ale tak naprawdę, w porównaniu do codziennego strachu przez możliwe niewolnictwo, to tylko błahostka.
      Usiadłam przy barze. Powinnam czuć się zniesmaczona oraz zestresowana, a dla mnie było to dziwnie naturalne. Moja twarz pozostawała w cieniu kaptura narzutki służącej jako część uniformu Jedi. Nie nosiłam typowego płaszcza i stroju, swój ubiór skompletowałam sama, by wygodnie mi się pracowało. Długi płaszcz zostawiłam tylko na specjalne okazje jak pogrzeby, ważne wizyty Kanclerza czy festiwale z jakieś okazji. Do misji używałam zwykłej, beżowej (musiałam sprawdzić ten odcień, bo kompletnie się nie znam - Kiwi) peleryny, która sięga mi do pasa.
     - Zwykły, najtańszy sok. Bez dodatków - poprosiłam barmana beznamiętnym tonem i rzuciłam parę kredytek na blat.
     Siedziałam tam dobre pół godziny, wyciszałam się najlepiej jak potrafiłam, skupiałam się parę razy na tych samych rozmowach, ale żadnych informacji nie zdobyłam. Poza tym, Moc jawnie dawała mi znać, że nic tam po mnie i powinnam ruszać dalej.
     Jestem raczej zbyt obiektywna. Sądziłam, że szybko to załatwię, ale ta misja wydaje się bardziej żmudna niż sądziłam.
    Wybrałam się do następnych dwóch kantyn, ale sytuacja się powtórzyła. Tak zmarnowałam dwie godziny ze swojego życia. Z drugiej strony, robiłam co w mojej mocy, więc nic aż tak złego się nie stało. Działam dla dobra innych, więc czy aby na pewno trwonię swój cenny czas?
    Z jednej strony miałam ochotę już teraz zakończyć moją podróż, ale nie mogłam. A co jeśli po prostu przeoczyłam? Będę musiała wracać przez parę wieczorów w te same miejsca i robić to samo. Czy w tak błędnym kole zdołam cokolwiek osiągnąć?
    Kierowałam się z powrotem do centrum Theed. Wieczór... w sumie to już noc, wydawała się naprawdę spokojna. Na Coruscant nie mogłam tego powiedzieć, tak bardzo przyzwyczaiłam się do ciągłego hałasu w dzień i noc, że spokój utrudniał mi zasypianie. Niestety na Naboo nie wszystko było tak bardzo idealne, jak się wydawało. Usłyszałam kłótnie dwóch mężczyzn. Pobiegłam do źródła hałasu i schowałam się w ustronnym miejscu, żeby nie mogli mnie zobaczyć. Jest ze mnie tak drobna osoba, że bez problemu filar zdołal mnie ukryć.
     - Nie taka była umowa!
    - Od paru wieczorów nie zjawiasz się w naszym umówionym miejscu! Myślałeś, że przede mną zwiejesz? Cywilne mieszkanie nie zapewni ci schronienia.
    - Królowa coś podejrzewa!
    A jednak mogło być łatwo.
________________________________
Hej! Wybaczcie, że wczoraj nie opublikowałam, ale o 11 miałam zakończenie roku i od razu potem wróciłam na obiad do domu i do pracy.
TO OSTATNI ROZDZIAŁ PRZED WAKACJAMI. WRACAM 28 SIERPNIA.
Poza tym, szykuję dla was niespodziankę!
Mam nadzieję, że wszyscy przeszliście do następnej klasy/skończyliście szkołę. Ja wyszłam ze średnią 4.0, teraz odpoczywam zarabiając. Zamierzam spiąć się jeżeli chodzi o blogi w te wakacje. Dziękuję wam za wszystko i do zobaczenia!

NMBZW!